Warszawa

Kiedy zamykam oczy widzę dziewczynkę... Wywiad z Anitą Głowińską

Kiedy zamykam oczy widzę dziewczynkę... Wywiad z Anitą Głowińską

Czy zawsze chciała Pani być pisarką? Czy może w dzieciństwie myślała Pani o innym zawodzie?

 

 

Anita Głowińska: Kiedy zamykam oczy, aby sięgnąć pamięcią do dzieciństwa, widzę dziewczynkę, która na kartkach mocno sfatygowanego zeszytu ołówkiem szkicuje najdziwniejsze przedmioty lub pisze historyjki, aby potem czytać je koleżankom. Tak, wydaje się, że już wówczas nie wyobrażałam sobie życia bez tworzenia, jednak nie byłam tego świadoma. Chciałam być piosenkarką, dyrygentką, nauczycielką, psycholożką, archeolożką, detektywem... Miałam wiele pomysłów na siebie. W rezultacie skończyłam Konserwację Dzieł Sztuki, ale w praktyce zajmuję się projektowaniem graficznym. Pisaniem i ilustrowaniem książek zajęłam się niedawno. Muszę więc trochę zdystansować się do stwierdzenia, że jestem pisarką, chociaż marzę, aby tworzenie książek było moim głównym zajęciem.

 

Kiedy napisała Pani pierwszą książkę, jaki miała tytuł i o czym była?

 

Anita Głowińska: Moja pierwsza książka powstała kilka lat temu. Jest zbiorem opowiadań, które zebrałam pod wspólnym tytułem: "MELA czyli fascynujące przygody Meli, Frania i kota Wąchacza". Opisałam w niej przygody trójki zwariowanych przyjaciół. Opowiedziałam o tym, jak dzieci przeprowadzały na sąsiadce doświadczenie, które miało dać odpowiedź, czy uszy pod wpływem hałasu odpadają. Opowiedziałam o spotkaniu Bągo-Mazia – tajemniczego i nieco zagubionego strażnika teatru. Opowiedziałam o wstrętnym Wrednym Baryle, który zatruwa życie dzieciom na podwórku. Opowiedziałam wreszcie o Cudogrodzie – magicznej krainie, do której dorośli nie mają wstępu... Znajome dzieci te przygody pokochały!

 

Ile napisała Pani książek i która jest Pani ulubioną?

 

Anita Głowińska: Książki głównie ilustruję. Jeśli wliczyć również pracę nad okładkami – moje ilustracje pojawiły się w ponad 30 książkach. Ilość napisanych książek nie jest tak imponująca, ale też mam się czym pochwalić – jest ich 7. Poza tym pisuję krótkie opowiadania do podręczników szkolnych.
Największy sentyment mam do wspomnianej przeze mnie książki pt. "Mela". Od niej zaczęła się moja przygoda z pisaniem. Ta książka uchyliła mi drzwi do świata książkowych twórców.

 

Skąd czerpie Pani pomysły na nowe historie?

 

Anita Głowińska: Hm... myślę, że stając się dorosłym człowiekiem, udało mi się zachować w sercu cząstkę niegroźnego urwisa, jakim byłam przed laty. Poza tym – z obserwacji! Mam dwójkę dzieci: córkę i młodszego synka. Ich świat jest tak pasjonujący, że z łatwością daję się weń wciągnąć. Dzieci potrafią mnie namówić na najbardziej karkołomne przedsięwzięcia. Zresztą mają w tym świetnego sojusznika – swojego tatę. Czasem wydaje mi się, że mąż jest jeszcze bardziej otwarty na szaleństwa naszej rozkosznej dwójki. Podam przykład. Kilka miesięcy temu tata z córką zawiązali pakt na rzecz przekonania mnie do ich planu, mianowicie do zorganizowania urodzin córki w domu, pod hasłem: "pidżama party". Cóż. Zgodziłam się. Dom zatrząsł się od zgrai rozbrykanych dziewięcio i dziesieciolatek. Pacyfikacja młodych dam nastąpiła dopiero nad ranem. Przeżyliśmy. Dziewczynki wspominają przyjęcie do dzisiaj, ja zaś zebrałam materiał na opowiadanie. Przeżyliśmy również najazd czterolatków w strojach policyjnych. Obserwacje wówczas poczynione wykorzystałam w "Kici Koci policjantce". Przypuszczam, że przeżyjemy jeszcze niejedną podobną akcję. (Po cichu przyznam, że te szaleństwa mojemu mężowi i mnie sprawiają wielką frajdę; ... ale – psyt! Nie mówi się!)

 

Skoro bohaterką najnowszych książeczek jest kotka to czy lubi Pani te zwierzęta i czy ma Pani kota w domu?

 

Anita Głowińska: Bardzo lubię! W dzieciństwie wychowywałam się z psami. Wszystkie psiaki, które z nami mieszkały były przygarnięte z ulicy. Będąc już osobą dorosłą, wspólnie z przyszłym mężem zaopiekowaliśmy się czarnym dachowcem. Kotu zagrażał energiczny trzylatek. Serce nam podpowiedziało, że musimy działać. Parę lat później pojawił się drugi miauczący jegomość. Tym razem uratowaliśmy go spod kół naszego samochodu. Obecnie nie mieszka z nami żaden zwierzak, ale za oknem rośnie wielka tuja, na której roi się od różnych ptaków. Zimą te ptaszki dokarmiamy. Dokarmiamy również podwórkowe koty. Niedaleko śmietnika sąsiedzi zbudowali dla nich duży domek. Kiedy jest paskudna pogoda – zwierzęta mają się gdzie schronić.

 

Czy jako dziecko lubiła Pani czytać książki? Jakie tytuły mogłaby nam Pani polecić?

 

Anita Głowińska: W moim domu książki były wszędzie. Zawdzięczam to rodzicom, głównie tacie, który był drukarzem z powołania. Potrafił złożyć prawdziwe arcydzieła sztuki typograficznej z ołowianych czcionek. Za jego czasów nie było komputerów. Tekstu tata nie wklepywał na klawiaturze, tylko ręcznie składał z maleńkich klocuszków-literek. Jeden po drugim cierpliwie układał z nich słowa nie dość, że do góry nogami, to jeszcze w lustrzanym odbiciu! (Jak on to robił?) Tata lubił odwiedzać księgarnie albo buszować w antykwariatach czy wśród straganów na rynku. Przynosił do domu książki nawet wówczas, kiedy były towarem deficytowym. Pamiętam, jak kiedyś zapłacił za album z malarstwem francuskich impresjonistów... kiełbasą (nieco starsi zapewne pamiętają ten rodzaj handlu wymiennego). Książka była wpisana w krajobraz mojego dzieciństwa tak jak muszelki w krajobraz morski. Prędzej czy później musiałam do niej zajrzeć. Tym bardziej, że dawniej nie było tylu programów telewizyjnych. Nie mieliśmy też komputerów i takiej ilości zabawek. Dzieci albo szalały na trzepaku albo czytały. Ja robiłam i to i to. I to i to – bardzo lubiłam.
A co mogłabym polecić? To trudne pytanie. Zawsze kiedy wymieniam jakieś tytuły, przypominają mi się kolejne i kolejne. Potem z żalem myślę o tych wszystkich, których nie czytałam, o książkach napisanych przez młodych pisarzy... Ale spróbuję.
Polecam oczywiście klasyków, wśród nich: Astrid Lindgren, Kornela Makuszyńskiego, Rene Gościnnego. Zachęcam do przeczytania książek Frances Burnett, w tym koniecznie – "Tajemniczy ogród", powieści Lucy Maud Montgomery ("Ania z Zielonege Wzgórza") oraz... Karola Maya i jego "Winetou"! (mimo wielu kontrowersji wokół autora, na przekór wszystkim uważam, że książka jest fantastyczna). Będąc dorastającą panienką lubiłam serię z "Panem Samochodzikiem" i zaczytywałam się powieściami Aleksandra Dumas. (Zacieram już ręce na wakacje, aby urządzić wieczorki głośnego czytania z "Trzema Muszkieterami".) Moja córka natomiast z wypiekami na policzkach pochłonęła ostatnio wszystkie "Opowieści z Narni", "Koralinę" Neila Gaimana, "Harrego Pottera" i książki Josteina Gaardera ("Magiczna biblioteka Bibbi Bokken", "Hej! Czy jest tu kto?"). Poza tym wymienię takich autorów jak: Lauren Child, Roald Dahl (przede wszystkim "Matylda"), Gianni Rodari. Myślę, że fajną i wartościową książką jest "Momo" Michaela Ende. Maluchom radzę czytać ciepłe opowiadania Eżbiety Pałasz, Zofi Beszczyńskiej, Wojciecha Widłaka. Oczywiście bardzo polecam moje książki! – serię o Kici Koci i – dla dzieci starszych – "Melę" oraz "Frania".
... Właściwie powinnam w tym miejscu zgrabnie zamknąć moją listę, ale chciałabym wspomnieć o jeszcze jednej szczególnej powieści. Jest nią "Alicja w Krainie Czarów". Nie czytałam jej w młodości. Poznałam tę powieść niedawno, dzięki mężowi, który wprowadził ją w życie naszej rodziny. Wieczorami głośno czyta "Alicję" naszym dzieciom i... mnie. Chwila magii.

 

Co radziłaby Pani dzieciom, które w przyszłości chciałyby zostać pisarzami?


Anita Głowińska: Warto być ciekawym wszystkiego, co się wokół nas dzieje, warto dużo obserwować, warto dużo czytać i... uczyć się! Oj, wiem, że nie brzmi to szczególnie atrakcyjnie, ale uwierzcie mi – książki to czysta przyjemność, która na dodatek wzbogaca nasz język i rozwija nasze rozumienie świata, zaś każda nieprzespana lekcja matematyki czy biologii to nie tylko krok ku byciu mądrzejszym, to również pobudzanie naszej wyobraźni i otwieranie drzwi nieznanych lądów. Czy powstałaby "Pszczółka Maja" gdyby Waldemar Bonsels, autor książki – nie wiedział nic na temat życia łąki? Czy powstałaby książka Janusza Wiśniewskiego "W poszukiwaniu najważniejszego" gdyby pisarz na lekcjach fizyki spał? Zapewniam, te książki by nie powstały. ...Ale nie trzeba być naukowcem, aby tworzyć. W byciu pisarzem wspaniałe jest to, że można nim zostać niezależnie od tego, ile ma się lat i niezależnie od wykonywanego zawodu. Można nim zostać nawet wówczas, kiedy za wypracowania w szkole dostajemy słabe oceny. Warunek jest jeden: w przyszłości pamiętajcie o swoim marzeniu z dzieciństwa. Powodzenia!
 

Dziękuję
Ania Liszyńska

 

 

Komentarze

Polecamy

Więcej z działu: Wywiady

Warto zobaczyć