Warszawa

"Poloneza czas zacząć" - recenzja koncertu

"Poloneza czas zacząć" - recenzja koncertu

Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego zaproponowała nam fantastyczną wędrówkę niezapomnianym szlakiem. Może młodsze dzieci nie będą wiedziały o kogo chodzi, ale ja czułam się trochę jak ta Pyza*, co to kluseczkowate nóżki schodzi, poszukując folkloru i polskości. Włóczęga była przednia, owocna, wrażenia niesamowite; koncert na sto dwa!


Urocza prelegentka, pani Kalina Rosińska, z wielkim wdziękiem i niebywałą swadą „wciągała” nas w tajniki prezentowanych utworów. Niczym wysoko wykwalifikowany przewodnik prowadziła poprzez drogi i bezdroża rodzimej historii, tradycji oraz kultury, to częstując frykasami ciekawostek (sypiących się finezyjnie, nieomal jak z rękawa), to sprawdzając pytaniami wiedzę młodej publiczności. Nie zabrakło zaproszenia do wspólnych tańców oraz promiennych uśmiechów i gromkich braw.


Na scenie królowała niepodzielnie Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Wrocławskiej, pod batutą samego Dyrektora Naczelnego Filharmonii, a jednocześnie wybitnego dyrygenta, pana Andrzeja Kosendiaka. Mieliśmy również ogromną przyjemność wysłuchać genialnego duetu „smyczkowo-fortepianowego”, z udziałem solisty i koncertmistrza, pana Bartosza Bobera oraz pianistki, pani Aliny Wojtowicz.
W rytm muzyki, z magią wykrzesaną z dziesiątek instrumentów, wirowali w tańcu niezwykli tancerze Baletu Dworskiego „Cracovia Danza”: Monika Kieliba, Aleksandra Pawluczuk oraz Miłosz Kozłowski.


Program koncertu aż kipiał od polskości. Z wrzawą, ale i dystyngowaną krasą, przetaczały się przed naszymi oczyma obrazki skąpane obficie swojskością, folklorem i przyozdobione perełkami historii. Lekcja muzyki i dawnych dziejów – w pigułce: smacznej, zjadliwej i krzepiącej artystycznie.


„Poloneza czas zacząć…”
Czarodziejka-prelegentka kilkoma słowami zaklęć przeniosła nas na niegdysiejszy dwór szlachecki. Nie zabrakło tam naturalnie szyku, dostojeństwa i elegancji. Płynne, pełne gracji ruchy, podczas tańca chodzonego, sprawiały, że drżały w naszych sercach struny, o których istnieniu dotąd nie mieliśmy pojęcia. Okazało się, że obrazki z epopei wieszcza mają swoje miejsce w naszych sercach i wystarczą odpowiednie ku temu warunki, by obudzić je z głębokiego snu. Ta dziwna nostalgia, ten nieznany dotąd dreszcz rozkoszy, inwokacyjne wersy rozsypane na wietrze melodii – potrafią zerwać się z łańcucha ograniczeń i popędzić na widowiskowe spotkanie ze Spełnieniem.  Wstrzymałam oddech, bo oto jakby wypełniało się coś ważnego, coś istotnego społecznie – historia zatoczyła kręgi i… pokazała, że jest żywa, ma moc, energię i witalność taką samą jak przed laty, choć kontekst społeczno-polityczny jest już całkiem odmienny. A jednak w kolejnych pokoleniach Polaków płynie ta sama krew – gdy trzeba: wrząca, krewka i buńczuczna, gdy można – spokojna, dostojna i szykowna. Wzruszające to było odkrycie.
I tak przystojny szlachcic i piękna szlachcianka zakończyli uroczystego poloneza (tego filmowego, znanego ogółowi z „Pana Tadeusza”)…
Wkrótce nadarzyła się jeszcze jedna okazja do wysłuchania nobliwych dźwięków. Orkiestra rozbrzmiała taktami poloneza a-moll „Pożegnanie ojczyzny”, skomponowanego przez Michała Kleofasa Ogińskiego. Wówczas kilka figur zaprezentowali ochotnicy wybrani spośród publiczności…
Natomiast profesjonalni tancerze dali kolejny popis: jak z arystokratyczną fantazją, szlacheckim duchem, dynamiką i rączymi podskokami odtańczyć jeden z najtrudniejszych polskich tańców ludowych – zamaszystego mazura (z opery „Halka”). Na scenie zrobiło się żwawo i dziarsko, tak, że nogi na widowni same rwały się do potańcówki.
A żeby było ciekawiej, nastąpiła prezentacja fantazyjnych, szykownych strojów „nie z tej epoki”. Śliczna szlachcianka na głowie nosiła aksamitną czapkę, z futrzanym otokiem, broszką z klejnotem i piórem. Okryta była kontuszem, obszytym futerkiem, spod którego wystawała strojna suknia, zwana żupanem. Jej partner odziany był we wzorzysty żupan, zapinany na szereg guziczków oraz kontusz, obszyty złotą nicią. Naturalnie w jego garderobie nie zabrakło pasa kontuszowego, z cennymi kamykami, świadczącego o randze i bogactwie. Warto to wiedzieć, bowiem dziś już mało kto pamięta o tamtych strojach. Jakże różnią się one od tego, co nosimy na co dzień, prawda?


Pamiętać również powinniśmy o tych tańcach – tak odmiennych od tego, co lansuje dzisiejsza moda i co tańczy się na teraźniejszych zabawach – bowiem w nich (także) kryła się tajemnica nieprzeciętnej siły i wiary.  Był taki okres w dziejach naszego narodu, kiedy to zakazane było wszystko, co określa społeczną tożsamość, co stanowi o tym, iż jesteśmy, kim jesteśmy… Polakami. Nie było wówczas Polski, zniknęła z mapy,  uciemiężona pod zaborcy jarzmem. Nasi przodkowie jednak nie poddali się – i w tańcach, muzyce, języku, obyczajach widzieli ziarno przyszłej nadziei. Mieli rację – i my dziś nie możemy zatracić w sobie tej świadomości, zapomnieć... Kultywujmy więc pamięć o minionych dziejach, pielęgnujmy tradycje, zobaczmy w tym wartości, które niesłusznie śniedzieją pod warstwą kurzu codzienności…


Ale żeby nie było tak patetycznie, prelegentka-czarodziejka, sobie tylko znaną mocą przeniosła nas na wieś spokojną, wieś wesołą, sielską i anielską… Ależ tam pogodnie, ileż gwaru, radości, niebiańskiej pogody ducha. Chyba wylądowaliśmy akurat na jakiejś ludowej imprezie, bowiem kolorowo odziani tancerze spontanicznie ruszyli w tany. Rety, jakże figlarnie skrzypce pogrywały sobie z fortepianem! Psotne dźwięki wyrywały się spod smyczka, uciekały spod zwinnych palców i wesoło pląsały pośród scenicznych świateł. A tancerze? Jakby jakaś magia oswobodziła ich nogi spod ludzkiej kontroli, albowiem brykały, podskakiwały, obracały się, przytupywały, wycinały hołubce i kroki krzesane, wirowały i pląsały jak oszalałe; oszalałe miłością do żywiołowego, nieprzewidywalnego oberka.


Dla równowagi wkrótce potem Orkiestra zagrała melodyjnego kujawiaka (Henryka Wieniawskiego). Nastrój przybrał szaty senne, rozmarzone, rozkołysane. Liryczna muzyka sprawiła, że charakterna tancerka ponętnie, ulotnie i zaczepnie posyłała uśmiechy w stronę partnera. Nadało to całości cudnie zalotny charakter, aż nam, słuchaczom-podglądaczom, uśmiechały się buzie. To był fantastyczny spektakl, na najwyższym, artystycznym poziomie!


Ażeby tradycji stało się zadość, zaprezentowano barwne, inspirujące stroje ludowe. Panna (do wzięcia, bowiem z wiankiem na głowie, a nie z czepcem mężatki) ubrana była w białą koszulę, nazywaną bielonką, z szerokimi rękawami i haftowanym kołnierzem, gorset z koralikami oraz kieckę, zwaną wełniakiem, na nogach zaś miała czarne trzewiki. Partner pięknego dziewczęcia nosił bielonkę, aksamitną kamizelkę, spodnie wpuszczone w buty z cholewami oraz filcowy kapelusik.
Chwilę potem zapachniało małopolskim klimatem. Orkiestra zaprosiła nas do wybornej uczty, częstując hojnie – pełnymi ognia i pasji - tańcami góralskimi Moniuszki, z opery „Halka”. Skrzypce, altówki, wiolonczele, kontrabasy, trąbki, puzony, waltornie, klarnety, flety, perkusja i inne instrumenty prowadziły nas „popod turnie, popod lasy”, z klasą i pełną mocą przekazując góralskiego ducha. Muzycy-instrumentaliści pokazali natomiast, że wyżej wspomniane nie kryją przed nimi żadnych tajemnic. I choć tak różne, tak niejednorodne – pięknie mówić potrafią jednym głosem.
Krakowiaczek jeden tutaj nie miał koników siedmiu. Miał za to czerwoną rogatywkę z pawim piórem i kolorowymi wstążeczkami, kaftan z pomponikami, spodnie w pasy – wpuszczone w buty i – obowiązkowo – brzękadła. Krakowianka zaś białą koszulę, gorset, spódnicę z motywem kwiatowym, wianek na głowie i piękny, długi warkocz. Barwne stroje z pewnością dodają uroku temu efektownemu tańcowi, krakowiakowi właśnie, w którym żwawy cwał jest głównym krokiem.


W trakcie widowiska naszła mnie refleksja, jak zmieniły się czasy. Kiedy ja była małą dziewczynką, na zabawy karnawałowe mama przebierała mnie głównie za krakowiankę, chłopcy zaś bywali górnikami. Dzisiaj na przedszkolnych parkietach królują postaci rodem z amerykańskich kreskówek. W nasze tradycje i obyczaje zakrada się coraz więcej obrzędów z Zachodu. Kopiujemy wszystko jak leci, często bezrefleksyjnie - i obawiam się, abyśmy pewnego dnia nie obudzili się z ręką w nocniku (przyozdobionym anglojęzycznymi elementami). Nasze piękne, oryginalne kultury: kaszubska, łużycka, kurpiowska i inne – odchodzą powoli do lamusa, stają się ciekawostką… Czyż nie powinniśmy żarliwie bronić tych „pereł”? Nie zamykajmy ich w muszli zapomnienia, ale wystawmy na widok publiczny, niech jaśnieją, niech biją blaskiem po oczach. Mamy wszak czym pochwalić się, mamy z czego być dumni! Nie pozwólmy wyrwać naszych korzeni, bez nich… zwiędniemy. To one określają tożsamość, dzięki nim rozkwitamy barwnie, roztaczamy niezwykłą woń, wyróżniamy się we wszechświecie.


Choć muzyka i tańce, które dane nam było poznać podczas tego niezwykłego koncertu bardzo różnią się od tego, co serwują nam na co dzień media, czym częstują stacje radiowe i co „puszcza się” na dancingach czy dyskotekach – mają w sobie coś niebywałego, coś pociągającego. Kryją specyficzny czar i urok, cichuteńko pomieszkuje w nich historia i nasza kultura. Pielęgnujmy je, choćby w swoich sercach.
„Pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście…” – śpiewał niegdyś Jonasz Kofta.
Ja – córka swojej mamy, swego czasu tancerki w Zespole Pieśni i Tańca „Trzebnica” – zanucę: „Pamiętajcie o tradycji, przecież stamtąd przyszliście…” A w tej tradycji: i tańce ludowe, i barwne stroje i obrzędy ludyczne… jądro polskości; nasza odrębność, wolność, miłość i tożsamość. My.
• Pyza z bajeczki „Wędrówki Pyzy”


Anna Jełłaczyc wraz z synami: Igorem i Borysem

1/9
1/9
2/9
2/9
3/9
3/9
4/9
4/9
5/9
5/9
6/9
6/9
7/9
7/9
8/9
8/9
9/9
9/9

Komentarze

Polecamy

Więcej z działu: Okiem rodzica

Warto zobaczyć