Warszawa

Spotkanie ze śmiercią

Listopad to miesiąc, który zazwyczaj kojarzy się z cmentarzem i niestety ze śmiercią. Z czymś, czego się boimy, czego nie akceptujemy.

 

Bronimy się przed tym, otaczamy różnymi drobiazgami dnia codziennego, zwyczajami, tradycjami i świętami. A to Hallowen z przebierańcami, to sklepy pełne przeróżnych zniczy, wyglądem przypominających wazony, albo wielkie porządki w domu, bo rodzina zjedzie na Wszystkich Świętych. Nawet cmentarz z grobami przystrojonymi kwieciem i kolorowymi światełkami wydaje się taki bajkowy. Dzieci z zachwytem przyglądają się tym wszystkim ozdobom i ubranym odświętnie ludziom. Cieszą się ze spotkania z rodziną, chłoną tę magiczną aurę, nie bardzo nawet rozumiejąc, że pod tym „kolorowym opakowaniem” kryją się minione dramaty, rozpacz i łzy. A dorośli starają się jak mogą, by ochronić radosny i bezpieczny świat swoich pociech przed cierpieniem.


Nam to się udawało do tego roku.

Przeszło miesiąc temu, gdy zachorowała nasza Rózia – ukochana świnka morska, wytulony pupil całej rodziny. Byliśmy pewni, że wszystko dobrze się skończy. Przecież zawsze coś kogoś strzykało, bolało, czy może lało się wszystkim z nosów - potem mijało i było tak dawniej. No bo jak mogło by być inaczej? Byliśmy w końcu szczęśliwą rodzinką, taką prawie jak z reklam: mama, tata, syn, córka, babcia i zwierzaczek.


Ale 3 października Rózia umarła. 

 

Jak powiedzieć o tym dzieciom?

Nie ma chyba trudniejszej chwili dla rodzica, gdy musi przynieść wiadomość o śmierci kogoś bliskiego swojemu dziecku. I nie ważne czy chodzi o świnkę morską, psa, kota czy o dziadków lub rodzeństwo. Każda śmierć złamie serce naszej pociechy, odbierając jej na zawsze beztroskie widzenie świata i poczucie bezpieczeństwa.
Przynieśliśmy z mężem naszą Rózię, owiniętą przez weterynarza w puchatą pieluszkę, położyliśmy ją na jej ulubionej sofie, a potem mocno przytuliliśmy nasze dzieci i płakaliśmy razem z nimi. Tak po prostu. Pozwoliliśmy sobie na rozpacz, na okazanie żałości i bezradności. To „zrzucenie ciężaru z serca” dało nam wszystkim siły, by zmierzyć się z kolejnymi trudnymi chwilami.

 

 

 

Pożegnanie 

Pochowaliśmy naszą świneczkę w kolorowym pudełku, przewiązanym wstążeczką

i udekorowanym serduszkami – od każdego z nas po jednym. Takie drobnostki „oswajają” z tragedią nie tylko dzieci. Pomagają zachować równowagę i opanować stres, bo przecież trzeba wyprawić pogrzeb. Dają poczucie, że można jeszcze coś dla zmarłego zrobić, coś mu wspaniałego ofiarować. Wstążeczka musi być równo zawiązana, a serduszka najpiękniej narysowane, chociaż z oczu płyną łzy…
Rózia została pochowana w naszym ogródku, w kąciku pod oknem. I znowu płakaliśmy. Babcia też. I dobrze, bo takie wspólne płakanie jest potrzebne. Czyni z nas ciepłych, kochających ludzi. Dzięki niemu pozbywamy się pancerzy i maski, jaką nieraz zakłada się dla świata, stajemy się prawdziwi i delikatni jak dzieci.

„To wszystko jest takie nieważne, gdy Rózi już nie ma…” powiedział Krzyś.

 

Śmierć kogoś bliskiego zmienia wszystko, nawet czas. Zatrzymuje nas w pełnym biegu życia, odciąga na bok. Ze zdziwieniem patrzymy na spieszących się dokądś ludzi, na pędzące samochody. Słońce świeci radośnie, jak gdyby nic się nie stało.
A my jak rozbitkowie na jakiejś pustej wyspie, sami ze swoim smutkiem.
Poszliśmy tego dnia na spacer do parku. Jaka tu cisza i spokój, tylko kolorowe liście szeleściły nam pod nogami. Jeżeli mamy rozmawiać o Rózi, o Tęczowym Moście, o śmierci i o tym co po niej, to tylko tu. Z dala od telefonów, zgiełku i ryczących zewsząd reklam padło wiele ważnych pytań i odpowiedzi. To właśnie wtedy zauważyliśmy, że nasze dzieci się „postarzały”.
Żegnaj bajkowy świecie…

 

Pustka
Powrót do domu wywołał płacz. Wszystko JĄ przypominało, i klateczka, i śpiworki, miseczka z ziarenkami i sianko, a nawet strzykawki z lekarstwami, które miałam wieczorem podać Rózi. Ze ściśniętymi sercami zabraliśmy się do pakowania. Było trudno, bolało… Dzieci tuliły kocyk ze śladami futerka, każdą rzecz, która należała do niej oblewały łzami. Ale potrzebowały tego drobiazgowego pożegnania, chowały do pudełek kawałek swojego życia, nie po to, by o nim zapomnieć, ale żeby móc zacząć nowy rozdział. A potem, po wszystkim, zrobiło się w domu tak strasznie pusto…

 

Życie potem
Trzeba przecież coś jeść, pić i spać, nawet gdy się nie chce, gdy nie ma się już na nic siły. Dziecko ma ten komfort, że może sobie tylko płakać, rodzice zaś chowają swój ból do kieszeni i biorą się w garść. Bo to oni muszą pomóc dziecku przejść przez czas żałoby, pokazać, jak dalej żyć, zaszczepić w sercu nadzieję. Od tego, jak im się to uda, będzie zależała w przyszłości kondycja psychiczna ich pociechy.
Bardzo ważna jest czułość i szczera rozmowa. Mówienie o uczuciach, o strachu,
o tęsknocie, pozwala rozładować negatywne emocje. Tak jak i płacz. Nie bójmy się płakać razem z dziećmi, to nie zniszczy autorytetu. Wręcz odwrotnie. Płaczący w chwili wielkiego smutku tata, będzie w oczach dziecka bardzo ludzki i ciepły. To znak, że można się do niego przytulić, że zrozumie, że nie wyśmieje, że pomoże.

Żałobę trzeba przeżyć razem.
Bo tak jest wszystkim łatwiej. Gdzie indziej można znaleźć zrozumienie i wsparcie, jak nie w rodzinie? Zrobiliśmy sobie wolne od pracy i szkoły, i przez dwa dni byliśmy w swoim świecie. Kupiliśmy piękny krzew róży i posadziliśmy wspólnie w miejscu gdzie leży Rózia. Taka „rózia” dla Rózi. Powoli każdy z nas zaczął szukać swojego sposobu na uporanie się ze smutkiem. Dzieci zrobiły to chyba całkiem nieźle, spontanicznie. Krzyś ustawił sobie na monitorze komputera zdjęcie naszej świneczki w różowej koronie, żeby choć w ten sposób była razem z nami, a Ania opisała wszystko w swoim pamiętniku. I coraz częściej zaczęli wspominać wszystkie wesołe zdarzenia z udziałem Rózi. Z początku każda opowieść kończyła się płaczem, ale stopniowo wypierał go śmiech. Dzień za dniem do naszego domu znowu wkraczało życie.

 

Nie ma to jak wsparcie!
Bo bez niego trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A jest nowa, uboższa bez istoty, którą straciliśmy. O ile umiera nam ktoś z rodziny – człowiek, otaczający nas ludzie reagują współczuciem, chęcią pomocy, słowami pociechy. Ze zwierzątkiem jest niestety nieco inaczej, chociaż cierpienie po jego stracie jest dla nas często bardzo duże. „A tam, kupisz sobie nową świnkę” albo, „nie martw się, to tylko świnka” czy wreszcie „ no to może rodzice kupią ci psa?” – takie „trafne” słowa pociechy słyszała często moja Ania z ust dorosłych. Dopiero tłumaczenie sprawiało, że zaczynali inaczej patrzeć na problem, albo, co dziwniejsze, przyznawali się do swojego cierpienia „kiedyś tam” po stracie pupila. Tak jakby wstydzili się, że można kochać zwierzęta.

 

Ta straszna tęsknota…
Odczuwamy ją bardzo. Przychodzi i kłuje w serce znienacka, podczas odrabiania lekcji, czytania książki, czy majtania nogami pod stołem podczas wspólnego posiłku. Pomaga wtedy przytulenie, rozmowa, czasem znowu poleją się łezki.

I nagle pojawia się pytanie: „mamo, tato, czy będziemy mieć jeszcze jakieś zwierzątko?” Ależ tak, tylko nie od razu. Bo nowy zwierzaczek to nie zabawka, to nowe życie, całkiem inne od tego, które odeszło. Z pewnością da nam wiele radości, ale nie zastąpi miejsca Rózi. Nie jest gumką, która zetrze z pamięci to, co się niedawno wydarzyło. Bo na wszystko musi być właściwy czas, na pożegnanie, na smutek, i na radosne powitanie nowego członka rodziny.

 

Bolesne chwile pamięci
To pierwszy dzień i tydzień po śmierci Rózi, pierwszy miesiąc, i niedawno minione Święto Zmarłych. Pierwszy raz moje dzieci zobaczyły je w innym, prawdziwym świetle.
Już niestety naprawdę wiedzą, co się kryje za tymi pięknymi światełkami, gwarem na cmentarzach, okazałymi kwiatami na grobach. Poczuły gorzki smak cierpienia i tęsknoty. Spoważniały, jak każdy, kto spotkał się ze śmiercią. Ale z tego spotkania narodziło się światełko – silniejsza niż dotąd więź w rodzinie, nadzieja i pewność, że razem damy radę. Że, jak powiedział Krzyś, „warto jest zapłacić potem cierpieniem za te wszystkie cudowne chwile z kimś, kogo się kocha”.

Mama Ani i Krzysia

Komentarze

Więcej

Warto zobaczyć