Warszawa

Przepis na udane wakacje?

Kilkoro dorosłych + kilkoro dzieci. Wszyscy muszą się lubić. Namioty, zielona Szwecja i szlak ukochanej Astrid Lindgren.


Dlaczego akurat Szwecja? Bo to kraj, gdzie dzieci czują się wolne, kierowcy jeżdżą przepisowo, samochody nie trzęsą się od dziur… Poczucie estetyki rośnie, gdy patrzy się na zadbaną przestrzeń. A dlaczego jej nieznany region Smalandia? Bo tam urodziła się Astrid Lindgren. Literacki guru naszych dzieci. Jedyna uwaga? To nie są niskokaloryczne wakacje! Wciąż śledzie i ziemniaki, na zmianę!


Naszą podróż rozpoczęliśmy promem z Gdyni do Karlskrony. Nocna podróż jest dużym ułatwieniem - dzieciaki mogą zwyczajnie pójść spać, żeby rano zwarte i gotowe mogły przywitać nowy kraj. Smalandia – region, do którego się udaliśmy, to tereny utkane hutami szkła, w których jest mnóstwo pokazów. Odważni mogą nawet brać w nich udział. My pojechaliśmy do Kosta Boda, gdzie zobaczyliśmy hotel, w którym cała przestrzeń wspólna wykorzystywała lokalne tradycje. Aż strach było tam chodzić z dziećmi. Szkło było wszędzie. Ale rzeczy naprawdę bajeczne!    

 

                                          

 

Po obejrzeniu pokazu ruszyliśmy na kemping w Eksjo – maleńkim miasteczku, które miało stanowić naszą bazę wypadową przez 4 dni. Kemping okazał się rajem. Bezpieczny, przystosowany dla dzieci, z placem zabaw, owcami, które dzieci namiętnie karmiły, jeziorem i rodziną kaczek, która lubiła podkradać nam kolację.


Pierwszym punktem na szlaku śladami Astrid było 100-letnie gospodarstwo, w którym kręcono film Emil ze Smalandii. Gospodarstwo pełne zwierzaków i słynną drewutnią, w której był zamykany Emil.


Kolejne miejsce to pierwowzór wioski Bullerbyn. Samo miejsce nie porywa. Można poczuć się zawiedzionym, zwłaszcza jeśli ktoś miałby tam jechać specjalnie kawał drogi. Miejsce broni się jedynie stodołą, w której można skakać po sianie. To dla dzieci największa atrakcja. Skoki z wysoka na siano porywają również dorosłych.


Szukając obecności Astrid, trafiamy do Vimmerby – jej rodzinnego miasteczka. Na rynku stoi statek. Drewniany. Tylko czeka, żeby przejęły go dzieci. Robią to natychmiast. A rodzice? Mogą na chwilę w spokoju usiąść i nie odpowiadać na tysiące pytań. Na rynku jest też pomnik słynnej pisarki.

 

 

Po drodze trafiamy zupełnie przez pomyłkę na cmentarz i znajdujemy miejsce, gdzie Astrid jest pochowana, po czym docieramy do domu, w którym się urodziła i centrum jej poświęconego. A przy okazji na bluesowy koncert.

 

Z okazji urodzin Mai wybraliśmy się wszyscy do Świata Astrid Lindgren. Parku rozrywki, gdzie można spotkać Pippi, zobaczyć dom Lotty, wiele przedstawień, będących fragmentami książek, również tych nam jeszcze nieznanych.

 


Kolejny punkt programu to Szwecja w miniaturze. Małe domki reprezentujące każdy region Szwecji. Można je oglądać z rowerów wodnych, można między nimi spacerować, a do niektórych nawet zajrzeć.


Kolejnych 5 dni spędziliśmy nad morzem. To dziwne, to samo morze, co u nas, a jakże inne. Nie ma straganów, głośnej muzyki. Plażuje się w ciszy. Bez animatorów, gier i zabaw. Tylko człowiek i morze. Dzieci szczęśliwe, ponieważ nasz drugi kemping był nad samym morzem. Piach, woda, meduzy były na wyciągnięcie ręki.

 

 

Nad morzem, w miejscowości Kalmar jest piękny stary zamek. Warto go z dziećmi odwiedzić i gwarantuję, że dzieci się tym „zwiedzaniem” nie zmęczą. Na dziedzińcu jest mnóstwo warsztatów i zajęć, w których mogą wziąć udział: szukanie skarbów, zdobywanie sprawności. A i wnętrza robią na dzieciach duże wrażenie. Zwłaszcza więzienie dla kobiet.


Jak wiadomo, Szwecja to kraj, w którym królują łosie. Przy drogach wszędzie znaki ostrzegawcze: "Uwaga! Łosie!" Pojechaliśmy je oczywiście obejrzeć. I poznaliśmy Ferdynanda, 7-tygodniowego łosia. To „maleństwo” ważyło 40 kilo i tyło każdego dnia jeden kilogram, wypijając 5 litrów mleka.

 

 

Przedostatniego dnia baaardzo długim mostem wyruszyliśmy na Olandię. Miał być Park wodny i Zoo, ale przywitała nas tam tona plastiku i zrezygnowaliśmy. Szukaliśmy wrażeń w głębi wyspy i znaleźliśmy piękne portowe miasteczka, i znów stary zamek. Piękne ruiny, w których odbywają się ceremonie ślubne, wiatraki, w których znajdują się kawiarnie.

 


Ostatni dzień to powrót na prom i wizyta w Muzeum Marynarki Wojennej. Kolejne miejsce, w którym nie trzeba się bać o dzieci. Prawie wszystkiego można dotykać, a część muzeum to wielki plac zabaw dla dzieci, tyle że o tematyce morskiej.


Jedyne, czego nam zabrakło na tym wyjeździe, to rowery. Szwecja z rowerowego siodełka może być jeszcze piękniejsza.

 

Beata Ostrowska

1/11
1/11
2/11
2/11
3/11
3/11
4/11
4/11
5/11
5/11
6/11
6/11
7/11
7/11
8/11
8/11
9/11
9/11
10/11
10/11
11/11
11/11

Komentarze

Polecamy

Więcej z działu: Okiem rodzica

Warto zobaczyć