Warszawa

Mama na festiwalu - Slot Art Festival

Tęsknota za festiwalową atmosferą i zew brudnego brzmienia...

Kiedy postanowiłam: "tak, to jest Ten Moment, najodpowiedniejszy z odpowiednich, na zasmakowanie macierzyństwa..." - wiedziałam, że mamą zostaje się już na całe życie. Nieodwołalnie. Z pełną odpowiedzialnością. Jednak jak teraz na to patrzę, to wydaje mi się, że jakoś mało do mnie docierało wtedy, co to znaczy Pełna Mobilizacja: rokrocznie, każdego miesiąca, codziennie, ba! w każdej godzinie, minucie, sekundzie... Nie wzięłam pod uwagę, że czasem mogę ZAPRAGNĄĆ (króciutkiej choć) DYMISJI z tego stanowiska. Na przykład latem, które kusi zewsząd festiwalową atmosferą. Ach, a ja tak uwielbiam otulać się powłoczką festiwalowego ducha... Nieokiełznany żywioł na scenie, tumany kurzu wzbijane pod nią, glany roztańczone w dzikim pogo, tysiące interesujących osobowości, namiotowe miasteczka, rozmaite odsłony alternatywy...

Przez ostatnie lata tłumiłam w sobie festiwalowe żądze, starałam się spychać je w odmęty niebytu - macierzyństwo ponad wszystko! Jasne, ponad wszystko inne. Ale ja jakby przygasłam ciut, zgubiłam gdzieś cząstkę siebie, obrastać poczęłam w pancerz frustracji, a moje akumulatory - to już takie ledwo-ledwo... I w tym roku postanowiłam: dość! Wszystko kręci się JEDYNIE WOKÓŁ DZIECI. A ja? Jak nie podładuję swoich bateryjek - nie będę miała zapasów werwy, chęci i szczęścia, by dzielić się tym z innymi. Zrobię więc coś dla siebie. Coś, czego MI brak. I tutaj hasło "festiwal" wypłynęło automatycznie.

 

Jak postanowiła - tak uczyniła. Pojechała na festiwal. Z dziatwą.

Jeden. Uprzednio wygrałam karnet.
Dwa. Zaplanowałam wszystko w najdrobniejszym szczególe: dojazd, kwatera, wyżywienie.
Trzy. Pierwsze zwątpienie dopadło mnie w fazie pakowania. Klapki basenowe (pod prysznic), sandałki (na upał), półbuciki (a nuż będzie zimno), kalosze (na niepogodę). Wszystko razy dwa (bliźnięta). To na tyle... gdyby chodziło o buciki. Obuwie - odfajkowane. Następnie: odzież lekka, cieplejsza, przeciwdeszczowa. Artykuły do higieny. Cała apteczka (a może nawet APTEKA): leki przeciwgorączkowe, na katar, na kaszel, na wymioty, na biegunkę, materiały opatrunkowe, środki na chorobę lokomocyjną, przeciw komarom i kleszczom, przeciwoparzeniowe... (nigdy nie wiadomo co na nas może tam czyhać). Zabawki, by nie zwariować w wynajętym pokoju, gdy pogoda nie dopisze. I tak dalej, i tak daaaaalej... Moje rzeczy już się nie zmieściły:(

 

 

SLOT ART FESTIVAL W LUBIĄŻU - odsłona właściwa

Jeśli ktoś teraz puka się w czoło, że pomysł był chybiony, to muszę go zadziwić.
Moi niespełna pięciolatkowie byli zachwyceni. Tyle wrażeń w jednym miejscu, tyle barwnych postaci, pomysłów i idei, wspaniałych inicjatyw i kreatywnej zabawy - tego chyba jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy (w takim wymiarze).

Warsztaty, wystawy, przestrzeń inicjatyw społecznych, extreme summer, kilka scen - tutaj, dosłownie, można było dostać oczopląsu. Gdzie się nie ruszyliśmy - trafialiśmy na coś, co przykuwało uwagę malców. A to nauka gry na różnorodnych instrumentach, a to wieeeeelkie bańki mydlane, żonglerka, łucznictwo, stąpanie po linie, motocykl, rozmaite tańce, manualne cudeńka etc. Trudno było ogarnąć to wszystko.

 

 

 

"Created to move" było ulubioną przestrzenią dzieci. Stawiano tu na aktywność, ruch, inicjatywę i dobrą zabawę. Strefa rewelacyjna, by rozruszać ciało i pogimnastykować umysł. Można było pograć w rozmaite gry, powspinać się, wziąć udział w turniejach piłkarskich, wypożyczyć komiksy, poleżakować. Wszystko - naturalnie - bezpłatnie.

 

 

Organizatorzy festiwalu zapewnili także darmową opiekę przedszkolną. Ciekawe zajęcia odbywały się w Klubie Odkrywców, gdzie nie brakowało pisków uciechy, pomalowanych wesoło buziek, rozmaitych warsztatów i pysznej zabawy. Dzieci podzielono na dwie grupy: 3-5 lat i 6-10 lat.

Także pole namiotowe miało wyznaczoną specjalną strefę dla rodzin. To rodzinne pole namiotowe było troszkę na uboczu, tuż przy obozie "Created to move". Tak, by wszyscy byli zadowoleni.

Pełnowartościowe posiłki również nie stanowiły problemu. My stołowaliśmy się w karczmie mieszczącej się tuż przy wejściu na SAF. Serwowane obiady były smaczne i apetycznie podane - skusiły nawet moich niejadków, a to - zaprawdę, powiadam Wam - jest nie łatwą sztuką.

Czas upłynął miło i nader kulturalnie. Żal było wracać do domu.
W przyszłym roku także planujemy nasiąkać artyzmem właśnie tam, w Lubiążu, podczas kolejnej odsłony Slot Art Festival.

 

Anna Jełłaczyc wraz z Igorkiem i Boryskiem

Komentarze

Skąd ja to znam! Kiedy pierwszy raz wybrałam się z moimi małolatami na Woodstock,były starsze, ale i festiwal dużo większy.Dziewczyny były zachwycone, ja wreszcie naładowałam baterie...Było to jakieś parę lat temu, ale po dziś dzień pamiętam te masy pozytywnej energii, które wlewały się we mnie niemalże widocznie... Pozdrawiam

dodany: 2012-01-22 14:07:00, przez: Ula

Polecamy

Więcej z działu: Okiem rodzica

Warto zobaczyć