Warszawa

O Kubie, Meli i niesłodkich naleśnikach - wywiad z Henrykiem Sawką i Maciejem Orłosiem

O Kubie, Meli i niesłodkich naleśnikach - wywiad z Henrykiem Sawką i Maciejem Orłosiem

Wywiad Małego Redaktora portalu CzasDzieci.pl 

 

Jaka jest najfajniejsza historia z książki?

 

Maciej Orłoś: Ciekawe, co by Henryk powiedział, bo on jest autorem rysunków do tych wszystkich opowiadań, które napisałem. Interesująca by była jego opinia, które opowiadanie najbardziej go zainspirowało, a które było najbardziej uciążliwe.

 

Henryk Sawka: Najbardziej uciążliwe... Może zacznę od tego Munchkina. Ja tego w ogóle nie rozumiem...

 

M.O. : To tak jak ja.

 

H.S.: ...Tych gier nie czaję. Natomiast jeśli chodzi o pozostałe, to najbardziej podobały mi się jednak te bardziej dorosłe kawałki, np. wpadka z Koreanką. Ogólnie wiadomo - satyra żywi się stereotypem. Gdybyśmy w ogóle nie stereotypizowali - nie byłoby dowcipu. Satyra wykorzystując stereotyp jednocześnie go utrwala. Takie błędne koło. To są dwie skrajne  rzeczy, z których jedna podobała mi się najbardziej, a druga najmniej. Z pozostałymi było różnie, to kwestia fragmentów. Pomyłka z tankowaniem nigdy mi się nie zdarzyła, ale mojej żonie na pewno.

 

M.O.: Mnie się zdarzyła. Sam tutaj byłem dla siebie inspiracją.

 

H.S.: ... wynikało to, że tak powiem, z oszczędności (śmiech)

 

M.O.: Tak. Dlatego jest taki rysunek Henryka: Dlaczego tata wlał benzynę zamiast oleju napędowego? Bo benzyna staniała.

 

 

Czy główni bohaterowie mają swój odpowiednik w rzeczywistości?

 

M.O.: Mają, oczywiście. Pierwowzorem Kuby jest mój syn, a Meli córka. Mają tak samo na imię. Zresztą kiedyś napisałem już książki, w których bohaterami były moje dzieci - teraz te dzieci są starsze i chodzą do szkoły. Zastrzegam tutaj, że nie podszedłem do tej książki na zasadzie pisania wspomnień, pamiętnika czy dzienników moich dzieci - rzeczywistość była inspiracją, punktem wyjścia, a do tego dodawałem swoje sprawy powstałe w wyobraźni. Sporo jest wątków wziętych wprost z rzeczywistości. Mam nadzieję, że książka będzie zabawna, zarówno dla dzieci jak i dorosłych, że obie strony będą mogły znaleźć w niej sporo odniesień do własnych doświadczeń, a rodzice wraz  dziećmi  będą się mogli wspólnie pośmiać. Ogólnie mówiąc jest ona o tym, iż wszyscy jesteśmy zakręceni w tych czasach, a dzieci w dodatku mają bardzo dużo różnego rodzaju gadżetów i zdobyczy cywilizacyjnych z których korzystają, a rodzice próbują im utrudnić.

 

 

Jakiego przedmiotu w szkole najbardziej Pan nie lubił?

 

H.S.: Zależy w której szkole. W podstawówce lubiłem wszystkie przedmioty, a w liceum już nie lubiłem tych, których nie umiałem. Najtrudniej było mi z fizyką mimo, że to bardzo ważna nauka. Poza tym lubiłem wszystkie. Podsumowując: lubiłem te, z których szło mi dobrze, a mniej te, z którymi szło gorzej. Proste.

 

M.O.: Ja właściwie mógłbym powiedzieć prawie to samo, co powiedział Henryk: z fizyką miałem duże problemy, z chemią również. Lubiłem najmniej przedmioty, w których mi gorzej szło. Powiedzmy to sobie jasno, teraz może mi o tym głupio mówić, uważam, że to był błąd i źle do tego podchodziliśmy, ale tak po prostu było: wszyscy nienawidziliśmy lekcji języka rosyjskiego i mimo ośmiu lat nauki nikt się niczego nie nauczył. Wielka szkoda.

 

H.S.: A ja jestem wyjątkiem właśnie, bo z kolei miałem bardzo dobrych nauczycieli języka rosyjskiego. Gdybym władał tak angielskim jak rosyjskim, byłbym z siebie dumny.

 

 

Co Pana skłoniło do napisania pierwszej książki?

 

M.O.: Pierwsza książkę napisałem ładnych parę lat temu. Nazywała się Tajemnicze przygody Kuby, a do napisania jej, skłoniła mnie moja wewnętrzna potrzeba; to, że chciałem napisać o własnym dziecku - jego doświadczeniach.

 

 

Czy Pańskie dzieci lubią swoje imiona?

 

M.O.: Tak, chociaż Mela od czasu do czasu porusza temat, że jej imię jest dość rzadkie… ale lubi je. Jest dumna z jego wyjątkowości.

 

 

Czy lubi Pan naleśniki?

 

H.S.: Nie. Są za słodkie, a słodkich ja nie lubię. Jeżeli jednak są odpowiednio przyprawione, czyli pikantne - to jak najbardziej.

 

M.O.: To ciekawe. Zdaje się, że nie przypadkowo jesteśmy współautorami tej książki, bo właściwie mogę powiedzieć to samo: nie przepadam za słodkimi naleśnikami, natomiast te niesłodkie lubię, chociaż muszę powiedzieć, iż zdarzało mi się jadać w życiu doskonałe naleśniki.

 

 

Czy lubił Pan w szkole wf (wychowanie fizyczne)?

 

M.O.: W szkole lubiłem wf, dlatego że w ogóle kochałem sport i bardzo dużo graliśmy w piłkę. Troszkę później zacząłem grać w tenisa, jeździłem na koniach... Lubiłem wf pod warunkiem, że graliśmy na nim w piłkę nożną albo koszykówkę. Mniej ceniłem piłkę ręczną, tak samo skok wzwyż. Za to  skok w dal  - bardzo. Choć nie wszyscy nauczyciele, mówiąc delikatnie, byli idealni;).

 

H.S.: A ja odwrotnie: najwięcej problemów miałem z grami zespołowymi, czyli z koszykówką oraz siatkówką, bo nie umiałem zrobić dwutaktu, chociaż ciągle nie wiem dlaczego. Piłka wyłamywała mi palce i może się bałem, żeby jako rysownik ich sobie nie nadwyrężyć. Natomiast w sportach indywidualnych byłem dosyć dobry. Z gimnastyki nawet bardzo dobry.

Na drążkach umiałem zrobić wymyk, ale to było dawno (śmiech)

 

M.O.: A teraz z Henrykiem gramy czasami w tenisa, więc to nas łączy.

 

H.S.: Konno też jeździmy troszkę.

 

M.O.: Natomiast jeżeli chodzi o palce to chciałem potwierdzić. To była siatkówka. Kosz też, bo czasami trafiło się źle palcem w piłkę. Miałem wyłamane palce, bez przerwy trzeba było  je moczyć w wodzie. Tak samo były problemy z kolanami. Od rzutów nie mogłem klękać przez dłuższy czas.

 

 

Kiedy pierwszy raz wystąpił Pan w telewizji?

 

M.O.: Pierwszy raz w telewizji wystąpiłem jako uczeń szkoły podstawowej w programie Miś Koralgol. To było strasznie dawno temu. Później jako człowiek dorosły wystąpiłem w telewizji, jako prezenter telewizyjny 21 lat temu.

 

 

Czy łatwo jest pisać książki?

 

M.O.: Czy łatwo jest pisać książki? Mogę powiedzieć tak: jeżeli ma się pomysł to wcale nie jest tak bardzo trudno, co nie znaczy, że jest łatwo. Trzeba poświęcić na to dużo czasu, dobrze przemyśleć, wprowadzać poprawki i pozwolić, żeby ten tekst się odleżał, odpoczął, wrócić do niego po jakimś czasie i spojrzeć świeżym okiem... To jest długotrwały proces. Nie jest łatwym zadaniem tak poukładać te zdania, aby były ciekawe dla czytelnika. Napisać nudną, beznadziejną książkę jest pewno bardzo łatwo. Można po prostu usiąść przy komputerze i pisać co się chce - ale nie o to chodzi.

 

H.S.: Jeżeli chodzi o mnie to łatwiej jest narysować książkę niż napisać. Mam dużą awersję do pisania i wiem, że młodzież pisze - jak Maciej - przy komputerze pewnie bez trudu. Natomiast ja jednym palcem stukam na klawiaturze i to mnie strasznie irytuje. Piszę ręcznie a potem nie mogę się tego odczytać, nikt nie może, dlatego rysuję. Często zarzuca mi się, że dymki niewyraźnie piszę i zdarza się, że muszę poprawiać. Rysowanie jest prostsze dla mnie.

 

M.O.: Ale za to treść tych dymków jest wspaniała.

 

 

Jak często chodzą Panowie do pracy??

 

 

H.S.: Ja w ogóle mam problem, bo pracuję w domu i jak skończę pracę to nie mogę pójść do domu. To naprawdę wielki problem.

 

M.O.: I nie możesz pójść do pracy.

 

H.S.: Mówię serio.

 

M.O.:  Jak możesz pójść do niej,  skoro mieszkasz w pracy?

 

H.S.: Maciek nie ogląda się w telewizji, bo jest w pracy.

 

M.O.: Ja mam ułatwienie - w internecie mogę obejrzeć siebie. Z opóźnieniem, ale na żywo byłoby to niemożliwe. Natomiast   ja chodzę do pracy codziennie lub prawie codziennie.

 

 

W soboty, niedziele też?

 

M.O.:  Tak, oczywiście. Bardzo często pracuję w soboty, niedziele i święta.

 

 

Jaką książkę lubił Pan czytać, gdy był mały?

 

M.O.: Wiersze Brzechwy, Tuwima, baśnie Andersena. I Karolcię. I Na jagody.

 

H.S.: Właściwie musze powiedzieć, że to samo. Jeszcze Dzieci z Bullerbyn bym dodał. Najbardziej lubiłem oglądać obrazki w ,,Świerszczyku" - taki komiks ,,Co robi nasz Bobik?" - historyjka o psie. I tak gdzieś się zakodowało i zostało.

 

 

Jak długo czyta się książkę?

 

M.O.: To jest szalenie trudne pytanie. Pytanie ile sił mają rodzice żeby czytać - to raz. Dwa: czy przestrzega się zasady propagowanej przez akcję ,,Cała Polska czyta dzieciom", czyli czytaj co najmniej 20 min. codziennie. To wtedy można przeczytać 1,5 rozdziału. Jeśli książka ma 20 rozdziałów to czytamy wtedy 6 godzin 40 min. Tak średnia mi wyszła, ale nie wiem czy to ma sens.

 

H.S.: Ja uważam, że z czytaniem jest jak z jedzeniem: jedni pochłaniają szybko, a inni rozkoszują się każdym kęsem.

 

M.O.: Tak jest. Niektórzy jak już zaczną czytać i książka ich wchłonie, to po prostu  świat przestaje istnieć, muszą skończyć i to idzie szybko. Są również tacy, którzy delektują się, albo mają mniej czasu i wtedy mogą czytać jedną książkę miesiąc.

 

 

Czy kolekcjonował Pan coś w dzieciństwie?

 

M.O.: Kolekcjonowałem kapsle - w dzieciństwie graliśmy w nie bez przerwy. Kolekcjonowałem również zdjęcia z końmi, bo zakochałem się w jeździe konnej i koniach, zbierałem chyba jeszcze znaczki przez jakiś czas.

 

H.S.: Figurki jeźdźców na koniach. Były takie plastikowe…

 

M.O.: A nie kowboje?

 

HS:  Byli kowboje, Napoleon, rycerze, husarze...

 

M.O.: Ja też to bardzo lubiłem.

 

H.S.: A potem wycinało fotosy aktorów, które wklejało się później do zeszytu.

 

M.O.: Aktorów czy aktorek?

 

H.S.: Aktorów, ówczesnych celebrytów.

 

M.O.: Na których nie mówiło się „celebry ci”. Tak, figurki, żołnierzyki – były również bardzo ważne.

 

 

Czy miał Pan dobre oceny w szkole?

 

M.O.: Ja może odpowiem, że  z niektórych przedmiotów bardzo dobre, byłem wzorowym uczniem w I klasie szkoły podstawowej, potem nie udało mi się powtórzyć tego sukcesu ani razu, ale były oceny na tyle dobre, że udało mi się zdać maturę.

 

HS: Byłem prymusem w podstawówce, a potem zaczął się systematyczny upadek.

 

 

 Jaką książkę lubi Pan czytać swoim dzieciom?

 

M.O.: Moim dzieciom lubię czytać różne książki. W kilku etapach to przebiegało. Np. był etap Franklina, kiedy dzieci były mniejsze, potem - etap Mikołajka - trwał dosyć długo; etap Dzieci z Bullerbyn. Potem pojawiały się lektury - bywały różne, zdarzają się też bardzo ciekawe, fajne i np. mój syn Kuba miał lekturę Tomek w krainie kangurów , która bardzo go wciągnęła i chciał czytać następne jej części, chociaż wcale już nie były obowiązkowe.

 

 

Lubi Pan czytać?

 

H.S.: Lubię. Czytam bardzo dużo, ale nie przepadam za literaturą piękną... Inaczej: nie lubię science fiction, wolę literaturę faktu albo opartą na faktach, realistyczną i prawdziwą. Wszelka fantastyka - nie bardzo.

           

M.O.: Lubię czytać. Z przykrością stwierdzam, że mam na to za mało czasu. Nie tyle, ile bym chciał mieć. Idealnym miejscem do czytania jest samolot albo pociąg. Kiedy prowadzę samochód to nie czytam, ale są audiobooki i warto z nich korzystać. Parę razy mi się udało.

 

 

Czy zna Pan obcy język?

 

H.S.: Tak. Polski znam, rosyjski troszeczkę, angielski i parę słów po niemiecku.

 

M.O.: Znam polski - tak jak Henryk, dosyć płynnie nim się posługuję, ale jeśli chodzi o języki obce to angielski znam dosyć dobrze, nawet kiedyś byłem nauczycielem angielskiego; rosyjski - tak jak mówiłem wcześniej - coś tam umiem, ale słabo, trochę włoskiego liznąłem, a po francusku potrafię powiedzieć, że bardzo żałuję, iż nie znam języka francuskiego.

 

 

Czy lubi Pan prowadzić Teleexpres?

 

M.O.: Tak, lubię prowadzić Teleexpres.

 

 

Czy woli Pan czytać książki czy pracować w telewizji?

 

M.O.: To jest strasznie ciężka sprawa.

 

H.S.: Jako rzecznik odpowiem: bez czytania nie mógłby pracować w telewizji po prostu.

 

M.O.: To jest bardzo dobra odpowiedź. To znaczy mógłbym czytać książki nie pracując w telewizji, ale jak powiedział Henryk - nie mógłbym pracować nie czytając.

 

 

Serdecznie dziękujemy za poświecony nam czas!

 

Komentarze

Polecamy

Więcej z działu: Wywiady

Warto zobaczyć