Warszawa

Cudowne dzieci i muzyka - czyli o tym, czego nie można zmarnować

Cudowne dzieci i muzyka - czyli o tym, czego nie można zmarnować

Zacznę dość odważnie, bo zamiast wstępu do cyklu artykułów o muzyce i dzieciach zaproponuję czytelnikom eksperyment. Wyobraźmy sobie taką rzeczywistość, w której wszyscy ludzie na co dzień zamiast mową posługują się śpiewem. Dość osobliwe, prawda? Dla miłośników opery istny raj, ale reszta uzna tę sytuację za nienaturalną. Taka rzeczywistość pewnie byłaby nie do wytrzymania.

A gdyby odwrócić sprawę i zmienić tylko definicję? – mowa bowiem jest swego rodzaju śpiewem, dlaczego więc nie przyjąć, że od dawna już wszyscy do siebie śpiewamy, różne pieśni i różne „muzyki” (w zależności od języka, bo muzyka w tym kontekście to system, podobnie jak język). Uczymy się tego języka słuchając najpierw rodziców, potem  innych ludzi, którzy do nas „śpiewają”; od najmłodszych lat budujemy własny skarbczyk melodii, motywów, zwrotów melodycznych, z których potem z coraz większą wprawą układamy kompozycje. Czy taka rzeczywistość jest bardziej przekonująca?

 

Ten dość dyskusyjny wstęp to nie tylko propozycja tematu do dyskusji, ale też zachęta do innego spojrzenia na świat wokół. W codziennym życiu nie zdajemy sobie sprawy z faktu, jak blisko nam do takiej muzyki, którą możemy tworzyć sami, odczuwać i kreować. Nie zdajemy sobie też sprawy, jak muzyka została przez różne systemy (w tym edukację) odrealniona, zamieniona w szklaną wieżę, na którą wstęp mają nieliczni, obdarowani bądź to szlifowanym diamentem talentu, bądź odpowiednią techniką i technologią. Otaczamy się namiastkami, pośrednikami w postaci płyt CD, sprzętu grającego, zakładamy na uszy słuchawki, z którymi trudno się rozstać (wiem, bo sama mam ten kłopot). Muzyka jest wszędzie i tak naprawdę nie ma jej w nas samych, a prawdziwe złoto mamy przecież na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zobaczyć i docenić.

 

Przykłady? Proszę bardzo: rytmicznie chodzimy, wystarczy więc robić to świadomie i się tym bawić; z dźwięków codziennego dnia (stukania obcasów, sygnału karetki, melodii przejścia dla pieszych, skrzypnięcia drzwi) układać własne sensy, lub choćby tylko je zauważać jako muzyczny fakt.

 

Dlaczego tak się stało, że przestaliśmy być wrażliwi, że muzyka zamiast być częścią naszej natury ludzkiej jest protezą? Przecież kontakt z nią to jak oddychanie, muzyka służyła od zawsze do komunikacji, do zabawy, do obrzędów, do uzdrawiania, do tego co w życiu najważniejsze i najpoważniejsze. Jak to się stało, że tak wielu ludzi dziś przyznaje się do „braku słuchu, głosu”, bo tak to nazywają, a każda sugestia wspólnego muzykowania (”Zaśpiewajmy!”) najczęściej kwitowana jest pobłażliwym uśmiechem? Gdzie się podziała nasza podstawowa umiejętność, której  potencjalnie nabywamy już w 23 tygodniu życia (tak tak, przed urodzeniem), kiedy zaczynamy słyszeć?

 

 

 

Z pewnością wielu czytelników podzieli moją roboczą teorię, że to wszystko w co wyposażyła nas natura i ewolucja, odpowiadając na swój sposób potrzebom gatunku i warunkom w jakich się rozwija, marnujemy w pierwszych latach życia. Pozbawiamy tej umiejętności również nasze dzieci. Okrutne to oskarżenie, zdaję sobie sprawę, ale być może i apel wybrzmi głośniej. Prawda jest taka, że potencjał z jakim się rodzimy jest ogromny, trudny do objęcia myślą, jak kosmos, choć każdy ma też swoje genetyczne ograniczenia. A jednak wykorzystujemy z niego tylko małą część, rozwijając talenty dzieci w różnych dziedzinach, a o muzyce zapominając (bo nie tylko program szkolny spycha muzykę na pobocze traktu edukacji).

 

Ponieważ muzyka jest wszechobecna, nie przykładamy specjalnej wagi do wczesnej edukacji. Liczymy, że to „zadzieje się samo”. Tak owszem jest, ale uwaga, bo mogą nas zaskoczyć rezultaty tej przypadkowej edukacji. Dzieci reagują bardzo żywiołowo słysząc uporządkowane dźwięki, tańczą, próbują śpiewać własne melodie, albo jedno i drugie. Dzieci, jak języka, uczą się muzyki od nas. Jedne potrafią dość wcześnie naśladować muzykę rodziców inne tworzą własne systemy, skale, potem dopiero powoli przejmują nasze wzory. Patrzymy, słuchamy i zachwycamy się. To jest widok wzruszający, ujmujący, ale na widoku się zwykle kończy, rodzice sami przekonani o własnych „drewnianych uszach” niewiele mogą dać swoim pociechom. Nie dlatego, że mają w rzeczywistości drewniane uszy, ale dlatego, że ktoś im to kiedyś powiedział, a nikt inny nie odczarował sytuacji i raczej zastąpili rozwój protezą w postaci... doskonałego sprzętu HI-FI.

 

Spróbujmy zatem zebrać te mity, rozprawić się z nimi od podstaw, odczarujmy przynajmniej na użytek tego artykułu niektóre przekonania, które czynią krzywdę małym i dużym.

 

Nie każdy wie, że dziecko rodzi się z potencjalnym słuchem absolutnym. Ta właściwość systemu nerwowego, przez muzyków w równej mierze błogosławiona co przeklinana, nielicznym jednak zostaje na całe życie. Może i dobrze, bo z taką „urodą” trzeba się nauczyć żyć. Na początek jednak bezsprzecznie może być doskonałą bazą do budowania muzycznego świata, kształcenia wyobraźni i wrażliwości na dźwięki.

 

 

 

Każde dziecko ma również szczególną predyspozycję do muzyki choćby dlatego, że przez kilka miesięcy była ona niemal całym jego światem. Wyobraźmy sobie czego doświadcza maleństwo w ciemnym, ciepłym i bezpiecznym brzuchu mamy, zakładając że ucho ukształtowane w pełni jest już w 23 tygodniu życia. Słucha i słyszy! I zapamiętuje. Słyszy nie tylko to co dzieje się w środku brzucha mamy – serce, krew i płuca, ale także to, co dochodzi z zewnątrz – przede wszystkim głos rodziców i odgłosy otoczenia, w tym muzykę. To jest świat dźwięków, który przyspiesza i zwalnia, cichnie i przybiera na sile brzmienia, to są rytmy życia, do których przyzwyczajamy się jeszcze przed narodzeniem. Dlatego właśnie dzieci tak chętnie reagują na dźwięki, muzykę, rytm, kochają dźwięczące zabawki. Jak już słusznie zauważył inżynier Mamoń w kultowym „Rejsie”: najbardziej podobają się nam te piosenki, które znamy. Z dziećmi nie jest inaczej.

 

Pierwsze lata życia to absolutny bum poznawczy. Bądźmy świadomi tego niesłychanego potencjału w maleńkim ciele i szybko kształtującego się po urodzeniu systemu nerwowego, gdzie wszelkie procesy poznawcze przebiegają wręcz z kosmiczną prędkością. Wykorzystajmy to do uczenia bez uczenia. Także muzyki, albo właśnie muzyki, ponieważ najszybciej uczymy się tego czego nie uczymy się wcale i wtedy kiedy nauka jest czystą przyjemnością. Na tę edukację (nieformalną) bez najmniejszego stresu mamy 3 lata, potem jeszcze 5-6 zanim nie skończy się rozwój poznawczy, a jego miejsce zajmie myślenie abstrakcyjne i analityczne. Ponieważ z muzyką - jak wspomniałam na początku - jest jak z językiem i ta analogia dotyczy zarówno przyswajania pewnych częstotliwości jak i struktur. Żeby jednak nie zniechęcać tych, którzy nie zdążyli, tu ważna uwaga – wszelka edukacja jest możliwa i skuteczna do końca życia, ale niezagospodarowane pierwsze lata dzieciństwa pozostają bezpowrotnie stracone.

 

Jak to zrobić, alby nie przegapić tego okresu dla muzyki? I oto cały sekret, bo nie trzeba robić wiele, wystarczy śpiewać dla dzieci i z dziećmi. To dużo i mało. Warunek jest bowiem dość surowy – śpiewać trzeba osobiście i czysto. Tylko żywa muzyka ma siłę edukacji na samym początku życia, żywa czyli taką, o którą najłatwiej (choć nie wszyscy się z tym zgodzą), grana na najpiękniejszym i najdoskonalszym instrumencie, jaki mamy do dyspozycji – ludzkim głosie. Głos matczyny ma tu absolutny priorytet.

Czego uczymy śpiewając i co daje muzyka prócz niej samej napiszę w kolejnym artykule.

 

Lektury warte polecenia:

  • E.E.Gordon – Umuzykalnianie niemowląt i małych dzieci, Zamiast korepetycji 1997
  • Niezbędnik inteligenta. O Języku w mowie i piśmie, POLITYKA 2012
  • Christoph Drösser – Muzyka. Daj się uwieść, PWN 2011

 

 

Autor tekstu:

Agata Stawska – muzykolog, muzykoterapeutka, prowadzi umuzykalniające zajęcia dla dzieci w Krakowie oraz zajęcia muzykoterapeutyczne w ośrodku Koła Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym w Myślenicach.  

 

Komentarze

Więcej

Warto zobaczyć