Warszawa

Jeśli nie pochwały, to co?

Jeśli nie pochwały, to co?

Chwalenie wciąż ma dobrą prasę. Traktujemy je jako sposób na sprawienie, by dzieci wiedziały, że są dla nas ważne, że doceniamy ich starania, że dobrze sobie radzą i mają w sobie wiele zasobów. Czy słusznie?

 

Tekst: Małgorzata Stańczyk


Artykuł pochodzi z magazynu

"Newsweek Psychologia Dziecka", nr 5/2022;

opublikowano za zgodą redakcji

 

 

 

 


 

Wielu współczesnych nurtach pedagogicznych, które odchodzą od operowania przewagą siły, manipulacją i strachem, chwalenie stało się zasadniczą strategią budowania wpływu na dziecięce zachowanie. Okazuje się jednak, że pochwały ani nie spełniają funkcji motywacyjnej, ani nie wspierają dzieci w tym, by dobrze o sobie myślały. Dobra wiadomość jest taka, że w codziennych sytuacjach intuicyjnie robimy wiele innych rzeczy, które karmią dziecięce poczucie własnej wartości. Rezygnacja z pochwał może sprawić, że przestrzeni na te wspierające rzeczy w naszej relacji z dzieckiem zrobi się jeszcze więcej.

 

Pułapka warunkowej akceptacji

 

Przyjemność, którą sprawia bycie chwalonym, trwa tylko chwilę. Jest ona uwarunkowana neurobiologicznie: pochwały powodują natychmiastowy wyrzut dopaminy, która stymuluje znajdujące się w naszym mózgu ośrodki nagrody. A skoro w grę wchodzi dopamina, to w dłuższej perspektywie chwalenie uzależnia dzieci od opinii innych i sprawia, że ich zapotrzebowanie na pochwały wzrasta. To dlatego dzieci same domagają się czasem pochwał lub celowo robią różne rzeczy, by zasłużyć na naszą aprobatę. Nauczyły się, że to przyjemne. Nauczyły się też, że to sposób na bycie w polu uwagi rodzica.

 

Koncentracja na tym, by spełniać oczekiwania dorosłych, odwraca uwagę od wykonywanej czynności (nauki, rysowania, sportu), zmniejsza przyjemność z samego działania i utrudnia rozwijanie własnych opinii. Jeśli więc mieliśmy nadzieję, że chwalenie motywuje dzieci do powtarzania jakiejś czynności i większego zaangażowania w nią, to warto wiedzieć, że to nie działa w ten sposób.

Alfie Kohn, amerykański badacz wpływu nagród i kar na zachowanie dzieci, twierdzi, że pochwały nie są zachętą, lecz osądzaniem. Chwaląc, mówimy: „Zadowoliłeś mnie, zaspokoiłeś moje oczekiwania”. Badania nad motywacją wskazują, że dokładanie motywacji zewnętrznej w postaci nagród, także nagród werbalnych (czyli pochwał), sprawia, że motywacja wewnętrzna dziecka spada. Pochwały motywują, ale nie do określonej czynności, lecz do zdobywania aprobaty innych. W gruncie rzeczy oceny więc zniechęcają. Zmniejszają zainteresowanie samym przedmiotem. Badania analizowane przez Kohna pokazują, że mniej chętnie robimy rzeczy, za które jesteśmy chwaleni i nagradzani. Gdy stosujemy oceny, dzieci przestają być zainteresowane samą czynnością i tym, co ona im daje, odczuwaną satysfakcją, a skupiają się na tym, czy spełniają oczekiwania i czy dostaną pochwałę.

Psycholog Carol Dweck, profesor Uniwersytetu Stanforda, w swoich badaniach wykazała, że chwalone za inteligencję dzieci sięgały w kolejnych etapach eksperymentu po łatwiejsze zadania, by dowieść, że rzeczywiście są tak inteligentne. Nie były nakierowane na rozwój, tylko na spełnianie oczekiwań.

 

Jak nakarmić poczucie własnej wartości?

 

Skoro nie motywacja, to może poczucie wartości jest tym, co rośnie w miarę chwalenia? Niestety, także nie. I to uważam za najpoważniejsze nieporozumienie w tym obszarze. Pochwały mają charakter akceptacji warunkowej, czyli zależnej od zachowania dziecka, jego przymiotów i od tego, czy spełnia nasze oczekiwania. Mogą więc wspierać budowanie tzw. warunkowego poczucia własnej wartości, które sprawia, że akceptujemy siebie i czujemy się godni miłości wtedy, kiedy nam się udaje, kiedy osiągamy sukcesy, kiedy inni okazują nam swoją aprobatę. Tym, co służy dzieciom w rozwoju, jest z kolei bezwarunkowe poczucie własnej wartości, czyli przekonanie, że w gruncie rzeczy jesteśmy w porządku tacy, jacy jesteśmy. Nie wtedy, gdy dobrze nam się wiedzie, ale także wtedy, gdy nam trudno, gdy coś nam się nie udaje i gdy popełniamy błędy.

 

Uwaga niewartościująca jest wolna od oceny, porównań i pochwał. Dzięki temu nie tworzy ona presji na osiągnięcie sukcesu i zyskanie aprobaty innych

 

Pochwały budują też presję i wątpliwość, czy i kolejnym razem uda się zmieścić w oczekiwaniach ważnych dla nas osób. Powodują lęk: „Co będzie, gdy drugi raz nie osiągnę takiego wyniku? Czy będę przyjęty?”. Gdy słyszymy, że jesteśmy dzielni, najlepsi, wspaniali, pojawia się obawa, że inni ludzie odkryją w końcu, że pod spodem kryje się normalny człowiek, a nie ktoś wspaniały, najmądrzejszy i najodważniejszy. Bardzo trudno wtedy przyjąć niepowodzenia i korzystać z pomocy.

 

Co zamiast pochwał?

 

Bezwarunkowe poczucie własnej wartości wyrasta na bezwarunkowej akceptacji. Chodzi o okazywanie miłości i uznania niezależnie od tego, jak dzieci sobie radzą. Akceptować to znaczy przyjmować, uznać, pogodzić się z czymś. W praktyce akceptacja często polega raczej na niepodejmowaniu działania niż na działaniu. Akceptować to: nie manipulować, nie negować, nie naprawiać, nie lepić dziecka na kształt własnych marzeń lub oczekiwań. Akceptować to patrzeć na drugiego człowieka z życzliwością (czyli dobrze mu życząc) i dawać mu być tym, kim jest, pozwalając mu być innym i odrębnym od nas.

 

Rozmawiając z rodzicami o odchodzeniu od chwalenia dzieci na rzecz innej, uważniejszej komunikacji, opartej na ciekawości i założeniu równej godności dziecka i rodzica, zauważam, jak trudno jest im wyobrazić sobie, jak taki kontakt mógłby wyglądać. Zmiana wymaga przede wszystkim „przemeblowania” w głowie. Trudno czasem uznać, że wypowiedziane w dobrej wierze: „Ale jesteś mądry, wspaniale się spisałeś, kochanie” – niekoniecznie wspiera dziecko. To dlatego, że ocenianie weszło nam głęboko w nawyk. Nauczyliśmy się, że formułowanie ocen jest sposobem na okazywanie uwagi, miłości i troski. Rodzice mówią często, że najłatwiej im o autentyczne wyrażenie siebie w języku pochwał – to zrozumiałe, taki język znamy. To, że tak jest teraz, nie oznacza, że tak będzie już zawsze. Nasz mózg jest szczęśliwie bardzo plastycznym organem. Przy tym niekoniecznie najważniejsze będzie to, jakich słów użyjemy. Jeśli nie wiemy, co powiedzieć, możemy na chwilę zamilknąć, przyjrzeć się dziecku, zadać pytanie, zaciekawić się tym, co się dzieje.

Wbrew obawom rodziców nie jest tak, że jeśli czasem bezrefleksyjnie zawołamy „super!” albo „brawo!”, to zaprzepaścimy motywację wewnętrzną dziecka. To naturalne, że dzieci czasem robią rzeczy, które sprawiają, iż jesteśmy przejęci. Warto jednak sprawdzić: czy dziecko potrzebuje to usłyszeć? Czy to ja potrzebuję to powiedzieć? Jak mogę inaczej się o siebie zatroszczyć, skoro wiem, że jego to nie wspiera? Można być entuzjastycznym, można pozostać w kontakcie i równocześnie nie oceniać.

 

Kluczowa wydaje się zmiana podejścia, przestawienie się z oceniania na bycie i czerpanie satysfakcji z samego kontaktu. Pomocne są tu ciekawość i uznanie godności oraz wartości dziecka jako człowieka.

 

Profesor Hanna Olechnowicz, polska psycholog, prekursorka działań niedyrektywnych w terapii dzieci, nazwała taki kontakt uwagą niewartościującą. Uwaga niewartościująca jest wolna od oceny, porównań i pochwał. Dzięki temu nie tworzy ona presji na osiągnięcie sukcesu i zyskanie aprobaty innych. Bycie w tym rodzaju relacji z dzieckiem pozwala też przyglądać się wysyłanym przez nie komunikatom, które mogą wskazać dorosłym, czego dziecko potrzebuje i na co jest w danej chwili gotowe.

 


Małgorzata Stańczyk

psycholog, dziennikarka, autorka książek; wspiera rodziców i nauczycieli w lepszym rozumieniu dziecięcych zachowań i budowaniu relacji opartych na szacunku i zaufaniu do dziecięcego rozwoju


 

Polecamy

Więcej z działu: Artykuły

Warto zobaczyć