Warszawa

NEinhorn czy Nierożec - o zabawach słownych w różnych językach rozmawiamy z Agnieszką Frączek

NEinhorn czy Nierożec - o zabawach słownych w różnych językach rozmawiamy z Agnieszką Frączek

Czy są tu fani jednorożców? Zarówno Ci duzi, jak i mali?

 

Mamy dla Was znakomitą wiadomość – wczoraj premierę miała książka, która podbije Wasze serca i całkowicie zmieni postrzeganie tych mitycznych stworzeń.

 

Wyobraźcie sobie krainę, w której w prawdziwej idylli żyją te piękne, majestatyczne zwierzęta. Wszystko tam płynie mlekiem i miodem, a mówi się tylko rymami. W dodatku każdy wie, czego chce i nigdy się nie kłóci. Toż to prawdziwy raj! Jednak nie dla jednego osobnika. Jeden z małych jednorożców ma dość – rymów, łakoci i wszechobecnego przesłodzenia. Nie zgadza się z niczym – w związku z czym zostaje nazwany Nierożcem. Ten mały buntownik dzięki swojej inności patrzy na świat nieco przewrotnie i szuka w nim zupełnie czegoś odmiennego niż jego pobratymcy.

 

 

Jak udadzą mu się te poszukiwania i przede wszystkim, czy mimo trudnego charakteru odnajdzie w świecie zrozumienie i przyjaciół?

 

Nierożec to książka niemieckiego duetu: kabareciarza Marca-Uwe Klinga oraz ilustratorki Astrid Heen. My jednak zapoznać się z tą ogromnie zabawną historią możemy dzięki powalającemu tłumaczeniu Agnieszki Frączek. Przy okazji premiery mieliśmy okazję zadać Pani Agnieszce kilka pytań i przeanalizować, jak pewne rzeczy wyglądają w oryginalnym języku, a jak w przekładzie, a także zastanowić się nad tym, jak pisze się książki, które pokochają najmłodsi i jednocześnie podbiją serca dorosłych:

 

  • Czy nie wydaje się Pani, że w Polsce mówi się bardzo mało o tłumaczach? Zwłaszcza tych, który na swój warsztat biorą ogromnie wymagającą literaturę dziecięcą?

 

Rzeczywiście, tłumacz jest zbyt często pomijany. Mówi się o autorze, coraz częściej także o ilustratorze, co mnie bardzo cieszy, bo ilustrator jest przecież współtwórcą książki. Natomiast o tłumaczach wciąż niewiele się wspomina. Szkoda! Warto uważniej przyglądać się literaturze przekładowej, tym bardziej, że tłumaczenia polskich poetów – na przykład Michała Rusinka – są świetne.

 

  • Mam wrażenie, że w „Nierożcu” jest tak samo. Ta książka jest jedną wielką grą słów. Gdy sięgam po książki dziecięce, gdzie tłumacz bawi się słowami to zastanawiam się jak to brzmi w oryginalnym języku. Powie nam Pani czy te wyrażenia, które tak świetnie czyta się po polsku brzmią podobnie w innym języku?

 

Szczerze mówiąc – myślę, że po niemiecku brzmią lepiej. Pewne gry słowne są bowiem nieprzetłumaczalne. Już sam tytuł w języku oryginału brzmi Neinhorn. A jednorożec to po niemiecku Einhorn. Autor dodał więc tylko jedną literę i z Ein (jeden) wyszło Nein (nie). Pojawiło się przeczenie, które świetnie oddaje charakter bohatera książki. W języku polskim taki prosty zabieg byłby niemożliwy (a w każdym razie – ja nie wpadłam na takie proste rozwiązanie). Zdecydowałam się ostatecznie na Nierożca, który wprawdzie też pokazuje przekorę tytułowego bohatera, ale formalnie ten neologizm nie jest już tak bliski jednorożcowi jak Neinhorn był bliski Einhornowi.

 

 

Przypomina mi się tu sztuka, jakiej przed laty dokonał Bolesław Leśmian. On się przecież nazywał Lesman, co brzmiało bardzo twardo i – chyba? – dość mało poetycko. A poeta, delikatnie tylko zmiękczając swoje nazwisko, uczynił z niego tak pięknie (i polsko!) brzmiącego Leśmiana. Mistrzostwo!

 

  • A księżniczka? Czy ona rzeczywiście po niemiecku także czkała?

 

Nie, po niemiecku nie czkała. Była za to niezwykle przekorna! Warto wyjaśnić, że po niemiecku córka króla to KönigsTOCHter. Autor i tu, podobnie jak w tytule, wymienił jedną literkę i stworzył neologizm KönigsDOCHter. Ukryta w nim partykuła DOCH – królewska córka nieustannie jej używała! – nie ma dosłownego odpowiednika w polszczyźnie, ale jej znaczenie można by opisowo wyjaśnić jako „wręcz przeciwnie”. Tłumacząc KönigsDOCHter, miałam do wyboru: oddać treść, nie oddając formy, albo postawić na formę, a treść przekazać czytelnikowi w inny sposób. Zdecydowałam się postawić na zabawę formą i tak powstała Księżniczka Czka. W efekcie charakter bohaterki w książce oddaje nie jej imię, tylko wymowne czknięcia: raz oburzone czy wręcz wściekłe, raz po prostu przekorne.

 

  • Oprócz całej zabawy słowem jest to książka bardzo humorystyczna, która ma bawić. Jak jest w ogóle z humorem? Czy my i Niemcy mamy takie samo poczucie humoru, czy cała treść musiała być przewrócona do góry nogami?

 

Nie, nie wywracałam treści do góry nogami. Choć przyznaję, że Nierożec nie jest wiernym tłumaczeniem Einhorna. Jest jego parafrazą. W kilku miejscach na przykład trochę uprościłam dialogi, bo obawiałam się, że polski czytelnik może uznać pewne ich fragmenty za zbyt chaotyczne. Rewolucji jednak nie wprowadziłam.

 

 

Natomiast  jeżeli chodzi o humor – sądzę, że mali Niemcy i mali Polacy mają podobne poczucie humoru. Psotność Nierożca i jego paczki oraz ich niezwykłość, skazy, a także krnąbrność z pewnością przypadną do gustu zarówno małym Niemcom, jak i małym Polakom.

 

  • Jeszcze jedna rzecz w tej książce wydawała mi się całkiem dużym wyzwaniem dla tłumacza. Jak to jest z rymami? Bo tak naprawdę pierwsza połowa książki to jeden długi wierszyk. 

 

Starałam się trzymać zasady przyjętej przez autora. Tam, gdzie autor opowiadał swoją historię prozą, ja też, tłumacząc, tworzyłam tekst prozatorski. Natomiast tam, gdzie Marc-Uwe Kling pisał wierszem, i ja używałam rymów. To wynika zresztą także z fabuły – małego Nierożca drażnią wszechobecne rymy, buntuje się przeciw nim, ucieka przed nimi. Wybór formy literackiej był tu więc motywowany nie tylko chęcią podążania za oryginałem, ale także przedstawioną w książce historią.

 

  • Odchodząc nieco od tłumaczenia i nawiązując do samego autora. Jest on kabareciarzem. Stworzył dzięki temu książkę, która ogromnie bawi. Zawsze gdy sięgam po taką historię, mam wrażenie, że mimo, że została skierowana do dzieci, to jest ukłonem w stronę dorosłych. Czy uważa Pani, że to jest dobry zabieg?

 

Tak, oczywiście. Uważam, że każda książka dla dziecka powinna być w pewnym sensie także lekturą dla dorosłego czytelnika. Dobrze, gdy jest wielowarstwowa, tak by dorosły czytający dziecku się nie nudził.

 

Przypomina mi się tu mój własny odbiór wierszy Brzechwy. Kiedy czytałam je jako dziecko, podążałam za fabułą – bo te teksty są pięknie fabularyzowane. Dopiero wiele lat później, gdy już jako osoba dorosła wróciłam do rymów Brzechwy, dostrzegłam w nich smaczki, które wcześniej mi umykały. Doceniłam gry słowne. Powtórzę więc: moim zdaniem w każdej książce dla dziecka powinno być coś, co zainteresuje czy zaintryguje także dorosłego.

 

 

  • Na koniec – jeszcze a propos dorosłych – chciałabym poruszyć kwestię morału. Na końcu książki narrator upomina się o wnioski z historii, na co Nierożec odpowiada oczywiście NIE i stwierdza, że morału potrzebują tylko dorośli. Czy to jest Pani zdaniem prawda?

 

Myślę, że nawet my, dorośli, coraz rzadziej potrzebujemy morałów, coraz mniej je lubimy. Jesteśmy wychowani na innej literaturze niż wcześniejsze pokolenia, dalekiej od poezji Jachowicza czy Konopnickiej. Teksty, które czytają współczesne dzieci, są zdecydowanie mniej moralizatorskie, bardziej rozbrykane. Ale przecież poezja czy proza, która nie moralizuje na siłę, może równie piękne i skutecznie uczyć i wychowywać.

 

 

I tym MORAŁEM zakończymy :)

 

Drodzy czytelnicy – mam nadzieję, że nieco Was zaintrygowałyśmy. Zróbcie przyjemność sobie i swoim pociechom i podarujcie im Nierożca.

 

 

Polecamy

Więcej z działu: Artykuły

Warto zobaczyć