Warszawa

Humor i groza baśni angielskich na scenie Teatru Lalka!

Złożony tytuł, baśnie angielskie, świetna adaptacja, doświadczony reżyser i wspaniały teatr. To musi się udać!

 

O nowym spektaklu w Teatrze Lalka opowiada jego reżyser, Jakub Krofta.

 

Czyj to był pomysł, żeby sięgnąć po teksty Josepha Jacobsa? Pani Marta Guśniowska przyszła do Pana z gotową adaptacją, czy historia jest inna?

 

Geneza była taka, że Dyrektor Teatru Lalka, Jarosław Kilian, przyszedł do mnie z propozycją zrobienia spektaklu na podstawie baśni angielskich. Ja natomiast poprosiłem Martę Guśniowską o tekst. Ona na podstawie starych baśni napisała nową sztukę, w której pojawia się kilka klasycznych opowieści, niemniej głównym wątkiem nie są te baśnie, ale rywalizacja dwóch bardów.

 

Czy dobry spektakl dla dzieci musi mieć morał?

Ja jestem przeciwny przesadnemu moralizowaniu, pouczaniu. Myślę, że dzieci oczywiście potrzebują mieć wyznaczone granice i kierunek, ale robiłbym to bardzo ostrożnie. Nie chcę dzieciom z góry narzucać, a raczej oferować, dać im przestrzeń do interpretacji. Dzieci są mądre i mają bardzo dobrą intuicję, w przeciwieństwie do dorosłych. I potrafią podejmować dobre decyzje. Tutaj stwarzamy świat, do którego zapraszamy dzieci i co z niego wezmą, to będzie oczywiście ich wybór. Staramy się jednak trzymać powszechnych granic dobra i zła.

 

Dla Pana osobiście, o czym jest ta opowieść?

Dla mnie to jest opowieść o rywalizacji dwóch podejść życiowych. Jeżeli jeden z tych bardów jest takim trochę „outsiderem”, to drugi jest urodzonym zwycięzcą. Pytanie, czy taka dwójka potrafi się dogadać i znaleźć wspólny język. Dla mnie jest to spektakl o porozumieniu się dwóch zupełnie różnych charakterów i filozofii życiowych.

 

Tekst oryginalny pochodzi z Anglii. Czy w adaptacji zostało trochę angielskiego charakteru?

Mamy nadzieję, że tak. Te baśnie Jacobsa są dziwaczne, dosyć okrutne i groźne. Wiadomo, bajki to wbrew pozorom nie jest żadna sielanka i pierwotnie były wymyślane w celu przestraszenia dzieci. My oczywiście staraliśmy się przedstawić je w taki sposób, żeby dzieci nie były przerażone i nie miały traumy po wyjściu z teatru.

 

Dlaczego sięgnął Pan po klasyczne lalki?

W spektaklu używamy trzech rodzajów lalek. Są zwykłe pacynki, które tak naprawdę pochodzą z Anglii. Zaczęło się od pacynek Punch and Judy, a później rozpowszechniło w całej Europie. Pojawiają się u nas lalki tintamareski. Ten styl przeżywa obecnie renesans na polskich scenach. To są lalki, gdzie głową postaci jest głowa aktora i jej rękami są ręce aktora. Cała reszta to małe ciałko, właściwie forma która wisi na głowie. W efekcie powstaje karykatura ludzkiej postaci. Na koniec pojawiają się tradycyjne marionetki sycylijskie. To znaczy, że animowane są za pomocą drutów umieszczonych w różnych częściach ciała.

 

 

Tekst był napisany z myślą o lalkach. Marta Guśniowska jest doświadczona w tej dziedzinie i świetnie potrafi pisać dialogi lalkowe. Różnią się one od klasycznego dialogu. Wszystko musi być powiedziane bardziej wprost, bez zbędnej psychologii. Lalki potrafią dużo, jedyne czego nie potrafią to psychologia.


Lubię lalki i zawsze, kiedy pojawia się okazja, żeby do nich wrócić na scenie, to z chęcią z niej korzystam.

 

Premiera spektaklu "O Jasiu i łodydze fasoli, o starej wiedźmie i o studni na końcu świata" w Teatrze Lalka już 6 grudnia 2019. 

 

fot. Marta Ankiersztejn

 

Komentarze

Polecamy

Więcej z działu: Wiadomości lokalne

Warto zobaczyć