Warszawa

Szkoła Czarów i inne opowieści

Szkoła Czarów i inne opowieści

od 8 do 12 lat
PATRONAT
ISBN: 978-83-240-1356-
Tematyka: baśnie, magia, przygoda

Opis książki

Nowa, nieznana książka autora Nie kończącej się historii!

 

 

Fascynująca podróż po najróżniejszych baśniowych krainach, w których dzieci poznają siłę swoich pragnień. Tytułowa Szkoła Czarów to tajemnicze miejsce dla początkujących czarodziejów, którzy poznają pierwsze zaklęcia i podstawowe zasady magii, uczą się latać i być niewidzialni. I sprawiają wiele kłopotów swojemu nauczycielowi, bo w świecie magii nic nie jest takie, jakie się wydaje...
Opowieści Endego są pełne magii i niezwykłych przygód, fantastycznych postaci i baśniowej mądrości. To klasyka literatury dziecięcej w najlepszym wydaniu.

 

Kup teraz

Szukamy najtańszych księgarni internetowych...

Fragment książki Szkoła Czarów i inne opowieści

Głodomorek Nasenny - opowiadanie

Dla wszystkich mieszkańców Krainy Śpiochów najważniejsze jest spanie. Z tego powodu ich kraj tak się właśnie nazywa. Przy czym owym śpiochom wcale nie zależy na tym, żeby długo albo dużo spać, tylko żeby spać dobrze. A to jest bardzo istotna różnica. Komu się dobrze śpi, powiadają mieszkańcy Krainy Śpiochów, ten może się cieszyć łagodnym usposobieniem i jasnym umysłem. Z tego powodu wybierają sobie na króla tego, komu się najlepiej śpi.
Panowali kiedyś w owym kraju król i królowa, którzy mieli małą córeczkę o imieniu Śpioszka. To ładne imię, a królewna była też bardzo ładnym dzieckiem. Każdy, kto ją choć raz zobaczył, musiał to przyznać. Królewna Śpioszka mieszkała z rodzicami w cudownym pałacu i spała w ogromnym łożu ze śnieżnobiałym baldachimem.
Mimo to królewna Śpioszka nie chciała wieczorem iść spać i zawsze wymyślała jakieś wymówki, żeby tę chwilę odsunąć. Prawda była taka, że królewna bała się zasnąć.
A dlaczego ona tak się bała? Bo często miała wtedy bardzo złe sny. To jest nawet dla dorosłych bardzo przykre, dla dzieci jeszcze bardziej, ale dla małej królewny, która nazywa się Śpioszka i żyje w Krainie Śpiochów, jest to najprzykrzejsze.
– To skandal! – oburzali się ludzie, kiwając z niepokojem głowami. Król i królowa coraz bardziej się martwili i także nie mogli już spać tak dobrze, jakby należało. A mała królewna stawała się coraz bledsza i coraz chudsza.
– Co my mamy robić? – wzdychała królowa. – Możemy tylko ufać, że te złe sny kiedyś wreszcie przeminą.
Ale one nie przemijały i wciąż wracały, i wracały. Król sprowadził więc lekarzy i profesorów z całego kraju. Otoczyli wielkie łoże małej królewny, mówili po łacinie i przepisali jej mnóstwo lekarstw. Nic jej to jednak nie pomogło. Król rozesłał więc gońców do wszystkich krajów, żeby wypytali różnych starych pasterzy i zielarki, chłopów i marynarzy. Ale nikt nie potrafił nic poradzić.
W końcu król kazał wszędzie porozlepiać apele i wydrukować w gazetach, że temu, kto jego córce pomoże pozbyć się złych snów, obiecuje wysoką nagrodę. Nikt się jednak na ten apel nie zgłosił.
– W takim razie sam wybiorę się na poszukiwanie – oświadczył król pewnego dnia.
– Uczyń to! – zachęciła go królowa, pełna nadziei. Wyprasowała mu na podróż ubranie, którego od dawna nie używał, zapakowała do plecaka obfity prowiant. I król wyruszył w daleki świat.
Pytał każdego, kogo spotkał po drodze: konduktora pociągu, strażaków, nauczycieli, robotników fabrycznych, taksówkarzy i przekupki na bazarze, pytał kowbojów i Eskimosów, murzyńskie dzieci i starych Chińczyków, ale nie znalazł nikogo, kto by znał środek na pozbycie się złych snów.
W końcu biedak był ledwo żywy ze zmęczenia i całkiem zobojętniały. Nie wiedział, dokąd by się jeszcze udać. Do domu wracać nie chciał, nic nie wskórawszy. Szedł więc dalej przed siebie, nie zwracając uwagi na przebywaną drogę. Robiło się coraz ciemniej i w końcu zapadła noc. Wiał lodowaty wiatr i zaczął padać śnieg. Król nie zauważył, że to nastała zima.
W końcu król zabłądził. Trafił na jakieś rozległe wrzosowisko. Ośnieżone krzaki janowca wokół niego wyglądały jak jakieś dziwne, niesamowite postacie. Ale król był zbyt wyczerpany i zniechęcony, żeby się bać.
Po pewnym czasie zobaczył z daleka wśród krzaków coś błyszczącego i migotliwego, co przypominało skrawek światła księżycowego, a podskakiwało tak zwinnie, że trudno było nadążyć za nim wzrokiem.
Podszedłszy bliżej, król przekonał się, że ów skrawek srebrzystego księżycowego światła ma ręce i nogi oraz dużą głowę pokrytą kolcami, jak oset albo jeż. Stworzonko wpatrywało się w króla lśniącymi niby gwiazdki oczkami i układało twarz w tysiące rozweselających fałdek. Najdziwniejsze jednak były jego niezwykle szerokie usta, które się coraz to otwierały jak dziobek małego głodnego ptaszka.
– Ojej, kto mnie wreszcie zaprosi? Ojej, kto mnie wreszcie zaprosi? – powtarzał nieznajomy cudaczek słabym, szeleszczącym głosikiem. – Jestem tak okropnie głodny! Jeśli mnie nikt na kolacyjkę nie zaprosi, to chyba sam siebie połknę!
I otworzył pyszczek tak szeroko, że znikła w nim nie tylko jego własna głowa, ale też cała chudziutka figurka.
– Zgubiłem się – powiedział król. – Poradź mi, jak mógłbym się wydostać z tego wrzosowiska?
– Stąd nikt się nie wydostanie – odpowiedział cudaczek – chyba że w moim towarzystwie. A ja tylko wtedy będę mógł stąd wyjść, kiedy mnie ktoś zaprosi na obiad.
Król sięgnął do plecaka, ale nic w nim nie znalazł.
– Niestety mój plecak jest już całkiem pusty – powiedział król, zmartwiony – bo mógłbym cię poczęstować kanapką.
– Ohyda, żarłoku! – wykrzyknął cudaczek brutalnie. – Pluję na takie paskudztwa. Widzę, że mnie nie znasz i nie wiesz, za czym przepadam. A czego ty, u licha, szukasz?
– Szukam kogoś – odparł król – kto umiałby moją córeczkę Śpioszkę uwolnić od złych snów.
Księżycowy cudaczek fiknął szalonego koziołka i zrobił się znienacka bardzo uprzejmy.
– O, cybel-dybel! – wyszeptał. – W takim razie dostanę jeszcze dzisiaj nie najgorsze żarcie! Zapraszają mnie! Zapraszają mnie! Raz dwa, dawaj mi swoje palto! I buty! A teraz jeszcze i laskę, żebym mógł się udać na przyjęcie.
Król był tak zaskoczony, że oddał mu potulnie wszystko, czego zażądał.
– Myślisz pewnie, że ja ci te rzeczy po prostu zabiorę – chichotał cudaczek. – Rzeczywiście, taki jest mój zamiar. Ale nie jestem żadnym rozbójnikiem. Zaraz się przekonasz, że dobrze zrobiłeś, nie broniąc się. Bo teraz można będzie pomóc i tobie, i twojemu dziecku, a przede wszystkim mnie, Głodomorkowi Nasennemu!
Po czym zagwizdał, zamlaskał i zanim król zdążył zapytać: – Ale jakim cudem? – cudaczek wszystkie jego rzeczy pozamieniał: palto stało się dużym arkuszem pięknego białego papieru, laska potężnym piórem, a buty olbrzymim kałamarzem. Cudaczek zanurzył pióro w atramencie i w okamgnieniu wypisał na papierze następujące zaklęcie:

Głodomorku mój Nasenny,
przyjdź z nożykiem,
widelczykiem,
otwórz pyszczek twój żarłoczny,
i pozjadaj przykre sny,
co dzieci straszą!
Zostaw tylko te przyjemne,
żeby mi się dobrze spało!
Głodomorku mój Nasenny,
przyjdź, zapraszam Cię do stołu!

Po czym zwinął arkusz w rulon i wręczył królowi.
– A teraz biegnij raz dwa do małej Śpioszki i powiedz jej, żeby powtórzyła to zaklęcie. Mam nadzieję, że wkrótce porządny, krwisty, zły sen znajdzie się w moim żołądku. Na samą myśl o tym łykam ślinkę. Przestań się tak głupio gapić! Dalej, biegnij wreszcie!
– Wiesz co – bąknął wystraszony król – ja bardzo długo byłem w drodze, zanim tu dotarłem. Mój pałac jest na innym końcu świata. I to będzie dość długo trwało, zanim dotrę do swojej córeczki.
– O, klaper-draper! – burknął cudaczek. – Cóż z was ludzi za nudziarze! Ja też nie mogę się stąd ruszyć, dopóki nie usłyszę zaklęcia.
– Co tu robić? – zastanawiał się zrozpaczony król.
– Wiesz co? – zachichotał cudaczek. – Mógłbyś mnie wezwać w zastępstwie twojej córeczki.
– Myślisz, że to się uda?
– Po prostu musimy spróbować – uważał cudaczek. – No, pośpiesz się, mów zaklęcie!
Wyciągnął z prawej kieszonki rogowy nożyk, a z lewej szklany widelczyk. Po czym stanął w pozycji startowej szybkobiegacza.
Król rozwinął wielki arkusz papieru i już zabierał się do odczytania zaklęcia, ale coś mu się jeszcze przypomniało i opuścił rękę z arkuszem.
– Posłuchaj, Głodomorku Nasenny – powiedział z troską w głosie – a co się stanie ze mną, kiedy ciebie nie będzie? Sam nigdy nie trafię z tej głuszy do domu. W dodatku nie mam palta ani butów. Czy mam tu zamarznąć?
– O furda-burda! – burknął Głodomorek – straszne z was ludzi marudy! Wskakuj mi czym prędzej na plecy i zaniosę cię, gdzie trzeba.
Król był mężczyzną znacznej wagi i wydawało mu się rzeczą mocno wątpliwą, czy takie drobne maleństwo zdoła go unieść. Nie zostało mu jednak nic innego, jak zgodzić się na ten eksperyment. Wdrapał się więc ostrożnie na kanciaste ramiona Głodomorka, rozwinął znów arkusz papieru i odczytał zaklęcie.
Kiedy tylko skończył wypowiadać ostatni wiersz, Głodomorek poszybował w górę, a świat śmigał pod nim w zawrotnym tempie.
– Udało się – krzyczał Głodomorek przenikliwie. – Widzisz, udało się!
– Powiedz mi – wyjąkał przerażony król, przytrzymując zsuwającą się koronę – czy ty naprawdę lubisz żreć, o, przepraszam, chciałem powiedzieć, zjadać złe sny?
Hsz sz…! Przelatywali właśnie nad Biegunem Północnym.
– Jeszcze jak, i to w całości! – odkrzyknął Głodomorek. – Im gorsze, tym lepiej mi smakują, a im więcej ich jest, tym lepiej.
Hsz sz…! Przelot nad Ameryką.
– A dobrych i pięknych snów – spytał król, łapiąc z trudem powietrze – naprawdę nie lubisz? Wydaje mi się to dziwne.
– To wcale nie jest dziwne! – wysapał Głodomorek, już nieco zmęczony. – Nie wiesz, że jeże najchętniej jedzą węże i ślimaki? Jestem czymś w rodzaju jeża nasennego i dlatego smakują mi złe sny. Tak zostałem zaplanowany i po to tu jestem, koniec i kropka!
Hsz sz…! Właśnie przelecieli nad Afryką.
– Ale dlaczego – wyjąkał król, bliski już utraty przytomności – dlaczego nie przychodzisz sam, bez proszenia?
– Już ci przecież mówiłem – wysyczał Głodomorek – że wolno mi przychodzić tylko wtedy, kiedy mnie ktoś zaprosi! I przyjmuję tylko to, co mi ktoś podaruje.
Plump! I ni stąd, ni zowąd świat znieruchomiał. A król rozejrzał się i zobaczył, że siedzi na podłodze w pokoju swojej córeczki. Królowa czuwała przy jej łóżku i obie na jego widok osłupiały.
– Zdobyłem to! – wykrzyknął król, pokazując im zaklęcie wypisane na papierze. I wszyscy padli sobie w ramiona z radości.
Od tej pory, kiedy królewna Śpioszka bała się złych snów, wypowiadała owo zaklęcie i zapraszała Głodomorka Nasennego. Nigdy go, co prawda, nie widziała, ale czasem przed zaśnięciem słyszała cichutki, szeleszczący szept nad uchem: – Śpij dobrze, dziecino, i nie bój się! Czuwam przy tobie. I dziękuję za zaproszenie!
I Głodomorek Nasenny musiał wtedy naprawdę być obecny, bo królewnie Śpioszce nie zdarzały się już nigdy złe sny. Policzki zarumieniły się jej i zaokrągliły i wszyscy mieszkańcy Krainy Śpiochów byli z niej dumni, bo nikomu nie spało się odtąd tak dobrze jak jej.
Żeby wszystkie pozostałe dzieci mogły też zapraszać Głodomorka Nasennego, król kazał całą tę historię, razem z zaklęciem, spisać i wydrukować w książce.
I teraz to się właśnie stało.

 

Komentarze

Warto zobaczyć