Rozrywka dla dzieci » Czytanki
Hans Christian Andersen-Brzydkie Kacz±tko
Jasne s³oñce o¶wietla³o stary dwór na pochy³o¶ci wzgórza, otoczony murem i szerok± wstêg± wolno p³yn±cej wody. Z muru zwiesza³y siê pn±ce ro¶liny, a li¶cie ³opianu schyla³y siê a¿ do wody. I by³o pod nimi cicho i ciemno jak w cienistym lesie.
Pod jednym z takich li¶ci m³oda kaczka us³a³a sobie gniazdo i siedzia³a na jajach. Nudzi³o siê jej bardzo, bo ¿adna z s±siadek nie mia³a chêci w tak piêkn± pogodê rozmawiaæ z ni± o tym, co s³ychaæ na ¶wiecie. Ka¿da wola³a p³ywaæ po przejrzystej wodzie, pluskaæ siê i schn±æ na ciep³ym s³oneczku, a ona tylko jedna jak przykuta siedzi w cieniu na gnie¼dzie.
Skoñczy³o siê wreszcie jej udrêczenie, jajka zaczê³y pêkaæ i co chwila wysuwa³a siê z innej skorupki g³ówka pisklêcia, oznajmiaj±c cienkim g³osikiem, ¿e ¿yje.
— Pip, pip! — wo³a³y wszystkie.
— Kwa, kwa! — odpowiada³a im powa¿nie matka, a maleñstwa zaczê³y na¶ladowaæ jej g³os opowiadaj±c sobie, co widz± doko³a, i rozgl±daj±c siê na wszystkie strony.
Matka pozwala³a mówiæ i patrzeæ, ile im siê podoba, bo kolor zielony jest bardzo zdrowy dla oczu.
— Ach, jaki ten ¶wiat du¿y! — wo³a³y kaczêta dobywaj±c siê z cienkiej skorupy i prostuj±c z przyjemno¶ci± nó¿ki i skrzyde³ka.
— Nie my¶lcie, ¿e z tego gniazda widaæ ca³y ¶wiat — rzek³a matka. — Ho, ho! Ci±gnie siê on ogromnie daleko, jeszcze za tym ogrodem, za ³±k± proboszcza, het, het! Ale nigdy tam nie by³am.
Czy¶cie ju¿ wszystkie wysz³y ze skorupek? — doda³a wstaj±c. — Jeszcze nie! Najwiêksze ani my¶li pêkn±æ. Ciekawam bardzo, jak d³ugo bêdê tu na nim pokutowa³a. Przyznam siê, ¿e mam ju¿ tego zupe³nie dosyæ.
I usiad³a z gniewem na upartym jajku.
— A có¿ tam s³ychaæ u was, kochana s±siadko? — spyta³a stara kaczka, która wybra³a siê wreszcie w odwiedziny do m³odej matki.
— Z jednym jajkiem mam k³opot: ani my¶li pêkn±æ. A taka jestem zmêczona! A inne dzieci ¶licznie siê wyklu³y, zdrowe, ¿wawe, ¿ó³ciutkie, a¿ przyjemnie patrzeæ. £adniejszych kacz±t w ¿yciu nie widzia³am.
— Poka¿ mi to jajko, które nie chce pêkn±æ — rzek³a s±siadka. — Ho, ho! Takie du¿e. To indycze jajko. Znam siê na tym, bo mi siê niegdy¶ zdarzy³o wysiedzieæ takie. Nie ma z tego pociechy; wody siê obawia, p³ywaæ nie umie. Namêczy³am siê i na-martwi³am nad nim. Wszystko na pró¿no; niczego nauczyæ go nie mo¿na. Poka¿ no jeszcze to jajko. Tak, tak, to indycze. Zostaw je i zajmij siê lepiej swoimi. Czas pu¶ciæ dzieciaki na wodê.
— Nie — odpar³a kaczka. — Posiedzê jeszcze; tak d³ugo siedzia³am, wytrwam parê dni d³u¿ej.
— Jak chcesz, moja kochana!
I kaczka siedzia³a cierpliwie, a¿ pêk³o i wielkie jajo.
— Pip, pip! — odezwa³o siê pisklê i prêdko zaczê³o wydostawaæ siê ze skorupki. By³o bardzo du¿e i brzydkie. Kaczka patrzy³a na nie z ciekawo¶ci± i uwag±.
— Ogromne pisklê — rzek³a wreszcie — i niepodobne do ¿adnego z moich. Czy¿by to rzeczywi¶cie by³o indycze jajko? No, przekonamy siê o tym: musi i¶æ do wody, choæbym je mia³a wci±gn±æ za ³eb w³asnym dziobem.
Nazajutrz by³a prze¶liczna pogoda. G³adka powierzchnia wody b³yszcza³a jak lustro i prawie ¿e zaprasza³a do p³ywania. Kaczka z ca³± rodzin± wybra³a siê do k±pieli i na dalsz± wycieczkê. Plusk!... i skoczy³a w wodê.
— Kwa, kwa! — zawo³a³a i dzieci zaczê³y skakaæ za ni± jedno po drugim. Na chwilê kry³y siê w wodzie z ³ebkami, lecz zaraz wyp³ywa³y, porusza³y zgrabnie i szybko nó¿kami i radzi³y sobie tak dobrze, ¿e przyjemnie by³o patrzeæ.
Brzydkie kacz±tko p³ywa³o razem z innymi.
„To nie indycze — rzek³a do siebie kaczka. — Umie p³ywaæ, i jak jeszcze! Mo¿e najlepiej ze wszystkich. Jak prosto siê trzyma, a jak doskonale przebiera nogami. To moje w³asne dziecko. Nie jest ono nawet takie brzydkie, je¶li siê dobrze przypatrzyæ, tylko za du¿e trochê, no, bardzo du¿e".
— Kwa, kwa! — odezwa³a siê znowu g³o¶no. — Za mn±, dzieci! Muszê was wprowadziæ w ¶wiat, przedstawiæ na kaczym dworze, tylko trzymajcie siê blisko mnie, ¿eby was kto nie zadepta³; a najbardziej strze¿cie siê kota.
Przep³yn±wszy kawa³ek drogi, kaczki wysz³y znów na l±d i dosta³y siê na kacze podwórko. Ha³as tu by³ nies³ychany, gdy¿ dwie rodziny k³óci³y siê zapamiêtale o g³ówkê wêgorza, któr± tymczasem w zamieszaniu kot rozbójnik pochwyci³.
— Tak to bywa na ¶wiecie — rzek³a kaczka i obtar³a dziób o piasek, bo sama mia³a apetyt na g³ówkê.
— A teraz naprzód! Równo poruszaæ nogami, a tej starszej kaczce uk³oñcie siê grzecznie, tak, g³ow±, to bardzo znakomita osoba, jest Hiszpank± i dlatego taka t³usta. Widzicie na jej nodze ten czerwony znaczek? To najwiêksze odznaczenie, jakie kaczkê spotkaæ mo¿e u ludzi: oznacza ono, ¿e nie wolno jej wyrz±dziæ ¿adnej krzywdy, wiêc j± wszyscy szanuj±. No, dalej, nogi rozstawiaæ szeroko, nie do ¶rodka, kaczka dobrze wychowana powinna umieæ chodziæ. Patrzcie zreszt± na mnie. A teraz uk³oñcie siê i powiedzcie: kwa! kwa!
Kacz±tka wype³nia³y rozkaz matki. Inne kaczki otoczy³y je doko³a i przypatrywa³y siê nowym przybyszom.
— Jeszcze nas widaæ ma³o! — rzek³a wreszcie jedna. — Nied³ugo miejsca zabraknie. Ach, pfe! A có¿ to znowu? Patrzcie tylko, patrzcie, jak to kaczê wygl±da! Nie mogê znie¶æ widoku takiego brzydactwa.
Podbieg³a do brzydkiego kaczêcia i ze z³o¶ci± uszczypnê³a je z ca³ej si³y w szyjê.
— Daj mu spokój! — zawo³a³a gniewnie matka. — Przecie¿ nikomu nic z³ego nie robi.
— Ale jest takie wielkie i takie dziwaczne, ¿e nie mo¿na na nie patrzeæ. Po co takie stworzenie miêdzy nami ? Ka¿dy ma prawo daæ mu poznaæ, co o nim my¶li.
— £adne masz dzieci — rzek³a starsza kaczka z czerwonym strzêpkiem na nodze. — Mo¿na ci powinszowaæ. Tylko to du¿e jako¶ ci siê nie uda³o. Czy nie mo¿na by go trochê przerobiæ?
— Zdaje siê, ¿e nie mo¿na, proszê ja¶nie pani! — odrzek³a kaczka skromnie. — Nie jest ono ³adne, ale pos³uszne, dobre i doskonale p³ywa. Mam nadziejê, ¿e wyro¶nie z tej brzydoty i bêdzie z czasem mniejsze. Za d³ugo siedzia³o w jajku i dlatego j takie niezgrabne.
Dziobnê³a je po szyi, wyprostowa³a piórka, przyg³adzi³a. Niewiele to jednak pomog³o.
— To kaczor — rzek³a wreszcie — wiêc da sobie radê, zw³aszcza ¿e bêdzie silny. — Inne dzieci bardzo ³adne, bardzo ³adne. No, mo¿ecie ju¿ i¶æ. B±d¼cie tu jak u siebie, moje ma³e. A je¶li wam siê zdarzy znale¼æ g³ówkê wêgorza, mo¿ecie mi j± przynie¶æ.
I kaczêta by³y jak u siebie w domu.
Tylko jedno brzydkie kaczê popychano, szczypano, odpêdzano, a znêca³y siê nad nim nie tylko kaczki, ale nawet i kury. „Za du¿e jest" — powtarzali wszyscy bez wyj±tku, a stary indyk, który przyszed³ na ¶wiat z ostrogami i wyobra¿a³ sobie, ¿e jest królem, nastroszy³ wszystkie pióra niby ¿agle, poczerwienia³ na szyi i g³owie a¿ po oczy i patrzy³ na nie z gro¼nym oburzeniem. Biedne kacz±tko samo nie wiedzia³o, czy ma przed nim uciekaæ, czy zostaæ na miejscu. By³o mu bardzo smutno, ¿e jest takie brzydkie, lecz có¿ na to poradzi?
Tak up³yn±³ pierwszy dzieñ, a nastêpne by³y jeszcze gorsze. Brzydkie kacz±tko zewsz±d odpêdzano, nawet w³asne rodzeñstwo stroni³o od niego i ¿yczy³o mu nieraz, ¿eby je kot porwa³. Matka zaczê³a wstydziæ siê go tak¿e. „Id¼¿e sobie ode mnie — powtarza³a coraz czê¶ciej. — Czego siê przy mnie pl±czesz?"
Kaczki je bi³y, kury dzioba³y, nawet dziewczyna, która ptactwu dawa³a je¶æ, odtr±ca³a je nog±.
Uciek³o wreszcie i przedosta³o siê przez p³ot na drug± stronê, w krzaki. Gdy upad³o na ziemiê, przestraszone ptaki frunê³y i uciek³y.
„To dlatego, ¿e jestem takie brzydkie" — pomy¶la³o kacz±tko i zamknê³o oczy, aby nic nie widzieæ przez jedn± chwilê. Lecz skoro odpoczê³o, zerwa³o siê znowu i bieg³o dalej, dalej, a¿ do wielkiego b³ota, gdzie mieszka³y dzikie kaczki. Tutaj przepêdzi³o noc.
Nazajutrz dzikie kaczki zaczê³y mu siê przypatrywaæ.
— Co¶ ty za jedno? — pyta³y zdziwione. A kacz±tko k³ania³o siê na wszystkie strony, jak umia³o i mog³o.
— Jeste¶ potwornie brzydkie — rzek³y dzikie kaczki — ale có¿ nam do tego? Byleby¶ nie zechcia³o ¿eniæ siê w naszej rodzinie, nic nam do twej urody.
Rozumie siê, ¿e biedne pisklê nie my¶la³o o ma³¿eñstwie. Chodzi³o mu tylko o to, aby siê mog³o przespaæ w gêstej trzcinie i napiæ wody z b³ota.
Tego mu nie broni³y dzikie kaczki. Przebywa³o dni parê w tym cichym ukryciu.
Razu pewnego z s±siedniego stawu przylecia³y dwa g±siory jeszcze bardzo m³ode, gdy¿ niedawno wyklu³y siê z jajek, ale w³a¶nie dlatego do¶æ zarozumia³e. Popatrzy³y na kacz±tko ciekawie, a jeden odezwa³ siê:
— Jeste¶ taki brzydki, kochany kolego, ¿e nie potrzebujemy obawiaæ siê o ciebie, wiêc je¶li zechcesz, mo¿esz lecieæ z nami na nasze b³ota. Tam dopiero ¿ycie! Nie brak i m³odych, ¶licznych, bia³ych g±sek. A wszystkie weso³e, rozmowne, jak piêknie ¶piewaæ umiej±! Mój drogi, zakochasz siê z pewno¶ci± i choæ jeste¶ taki brzydki, kto wie, czy siê której nie spodobasz.
— A ja my¶lê... — zacz±³ drugi.
Wtem — pif, paf! i obaj dorodni m³odzieñcy padli nie¿ywi w b³oto, które siê zaczerwieni³o od krwi rozlanej.
— Pif, paf! — rozleg³o siê znowu. — Pif, paf! — i ca³e stado dzikich gêsi unios³o siê w powietrzu ponad trzcin±. Ale teraz dopiero zaczê³a siê strzelanina. By³o to wielkie polowanie: strzelcy otoczyli b³oto, niektórzy nawet siedzieli na drzewach rosn±cych na wybrze¿u. Smugi dymu rozci±ga³y siê nad wod± i zas³ania³y wszystko. Plusk, plusk, i psy my¶liwskie zaczê³y przebiegaæ w¶ród trzciny, chwytaj±c nieszczê¶liwych zbiegów. Okropny dzieñ!
Biedne kacz±tko odwróci³o g³owê, aby z wielkiego strachu schowaæ j± pod skrzyd³o, ale w tej chwili ujrza³o przed sob± paszczê z wisz±cym jêzykiem i z³e oczy, niby dwa ognie. Pies rzuci³ siê na kacz±tko, zêby mu b³ysnê³y, wtem — plusk, plusk: poszed³ sobie w inn± stronê.
— O, dziêki Bogu, ¿e jestem takie brzydkie! — zawo³a³o kacz±tko. — Pies mnie nawet tkn±æ nie chcia³.
I zamkn±wszy oczy, le¿a³o cichutko, przytulone do trzciny, po¶ród huku wystrza³ów, dusz±cego dymu i ¶wiszcz±cego ¶rutu, który ¶mieræ roznosi³.
Pó¼no uciszy³o siê na krwawym stawie, lecz wystraszone kacz±tko jeszcze przez kilka godzin nie ¶mia³o ruszyæ siê z miejsca. Na koniec cisza je uspokoi³a, podnios³o g³owê, otworzy³o oczy, a nie widz±c nikogo, zaczê³o uciekaæ, ile mu si³ starczy³o, dalej, dalej, dalej!
W drodze zaskoczy³a je okropna burza. Pioruny bi³y, deszcz la³ strumieniami, a wicher miota³ biednym pisklêciem jak listkiem. Nigdy w ¿yciu nic podobnego nie widzia³o i zdawa³o mu siê, ¿e to koniec ¶wiata.
Co pocz±æ? Gdzie siê schroniæ?
Wieczór ju¿ zapad³. Brzydkie kacz±tko upada³o ze znu¿enia, kiedy ujrza³o wreszcie ma³± chatkê. By³a ona tak stara, pochylona, i¿ dlatego tylko sta³a, ¿e nie wiedzia³a, w któr± stronê siê przewróciæ. Kacz±tko przytuli³o siê do ¶ciany chatki, ale wiatr uderza³ z tak± gwa³towno¶ci±, i¿ wydawa³o siê, ¿e lada chwila je zabije.
Wiêc ma tu zgin±æ?
Wtem spostrzeg³o, ¿e drzwi chaty ledwo wisia³y na zawiasach, skutkiem czego pod spodem utworzy³a siê szpara, przez któr± mo¿na by³o wsun±æ siê do ¶rodka. Uczyni³o to spiesznie, choæ z niema³ym trudem.
W chatce mieszka³a stara kobiecina z kotem i kur±. Kot umia³ mruczeæ, wyginaæ grzbiet w pa³±k, a nawet sypaæ iskry trzaskaj±ce, lecz na to trzeba by³o pod w³os go pog³askaæ. Staruszka go kocha³a i nazywa³a wnukiem. Kocha³a te¿ kurê, bo znosi³a jajka, a ¿e mia³a nogi nadzwyczaj krótkie, staruszka przezywa³a j± swoj± córk± Krótkonó¿k±.
Z rana zauwa¿ono zaraz obecno¶æ kacz±tka i kura zagdaka³a, a kot zacz±³ mruczeæ.
— Co to jest? — rzek³a stara patrz±c na nowego go¶cia.
Wzrok mia³a bardzo s³aby, wiêc wyda³o jej siê, ¿e to jest du¿a kaczka, która siê przyb³±ka³a podczas burzy.
— A to szczê¶liwie! — rzek³a. — Bêdziemy mieli teraz i kacze jaja. ¯eby to tylko nie by³ kaczor. Ha, trzeba siê przekonaæ, poczekajmy.
Minê³y trzy tygodnie, a kaczych jaj nie ma. Staruszka ju¿ przesta³a siê ich spodziewaæ. Kot by³ w tej chatce panem, kura pani± i oni tu rz±dzili. My i ¶wiat" — mówili, co mia³o oznaczaæ, ¿e siê uwa¿aj± za co¶ lepszego od ca³ego ¶wiata. Kacz±tko by³o innego zdania, lecz kura siê rozgniewa³a.
— Umiesz znosiæ jajka? — rzek³a.
— Nie.
— No, to siê nie odzywaj, z ³aski swojej.
— Umiesz mruczeæ, grzbiet wyginaæ, iskry sypaæ? — zapyta³ kot z kolei.
— Nie.
— No, to sied¼ cicho, kiedy mówi± rozumniejsi od ciebie.
I kacz±tko usiad³o w k±cie, smutne i zawstydzone.
Wtem przez otwarte drzwi wpad³a smuga ¶wiat³a, wiatr przyniós³ zapach wody, trzciny, tataraku i kacz±tko opanowa³a taka chêæ p³ywania, ¿e zwierzy³o siê z tym kurze.
— A to co? — rzek³a kura. — Nic nie robisz i dlatego ci takie g³upstwa przychodz± do g³owy. Zno¶ jajka albo mrucz sobie, a zaraz wywietrzej± ci fantazje.
— Kiedy to tak przyjemnie — zapewnia³o kacz±tko — zanurzyæ siê, wyp³ywaæ, pluskaæ w czystej wodzie, a potem skryæ siê g³êboko i widzieæ, jak woda zamyka siê nad g³ow±.
— O tak, to wielka rozkosz! — za¶mia³a siê kura. — Co za niem±dre pomys³y? Zapytaj kota — przecie¿ m±drzejszego stworzenia nie ma na ¶wiecie — zapytaj, czy lubi p³ywaæ albo zanurzaæ siê w wodzie. O sobie ju¿ nie mówiê, ale mo¿esz spytaæ naszej pani. ¯yje tak d³ugo na ¶wiecie i jest bardzo rozumna. Nie znam rozumniejszej od niej. Wiêc zapytaj, czy to przyjemnie zanurzyæ siê z g³ow± w wodzie i czy ma ochotê p³ywaæ.
— Nie rozumiecie mnie — rzek³o kacz±tko.
— My ciebie nie rozumiemy? Doprawdy? Wiêc któ¿ ciê mo¿e rozumieæ? Czy sobie nie wyobra¿asz czasem, ty g³uptasie, ¿e jeste¶ m±drzejszy od kota albo ód naszej pani? O sobie ju¿ nie mówiê. Nie b±d¼ tak zarozumia³y, moje dziecko, dziêkuj Bogu za te dobrodziejstwa, które ci tu wy¶wiadczono. Mieszkasz w ciep³ej izbie i masz towarzystwo, w którym móg³by¶ skorzystaæ bardzo wiele. Ale na to trzeba s³uchaæ i rozwa¿aæ, a nie bajaæ bez sensu. Powiem ci otwarcie, ¿e niezbyt przyjemnie ¿yæ z tob± pod jednym dachem. Mo¿esz mi wierzyæ. Zreszt± mówiê ci o tym przez ¿yczliwo¶æ. Przyjaciel ma obowi±zek mówiæ prawdê w oczy, chocia¿by by³a przykra. Radzê ci te¿ szczerze: naucz siê znosiæ jajka albo mruczeæ, albo sypaæ iskry. Inaczej nic z ciebie nie bêdzie.
— Chyba pójdê sobie w ¶wiat — rzek³o kacz±tko.
— Otwarta droga, nikt ciê nie zatrzymuje!
I posz³o sobie kacz±tko. P³ywa³o po wodzie, pluska³o, zanurza³o siê g³êboko, ale zawsze by³o samo — inne p³ywaj±ce ptaki unika³y go z powodu brzydoty.
Tymczasem nast±pi³a jesieñ. Li¶cie na drzewach po¿ó³k³y, ¶ciemnia³y i poczê³y opadaæ; wiatr krêci³ nimi w powietrzu i niós³ gdzie¶ daleko, aby znowu porzuciæ. Powietrze stawa³o siê ch³odne, wilgotne, ciê¿kie, chmury przesuwa³y siê nisko po niebie nios±c deszcze i ¶niegi, zas³aniaj±c s³oñce. Wrony kraka³y z zimna. Dreszcz przebiega na sam± my¶l o takiej pogodzie!
I brzydkiemu kacz±tku by³o coraz gorzej. Ch³odno, g³odno i nikogo, kto by polubi³ je szczerze. Bo takie brzydkie! A nie tylko brzydkie, lecz takie du¿e i takie odmienne od wszystkich ptaków. Do nikogo, do nikogo niepodobne.
A ka¿dy szuka podobnych do siebie.
Razu jednego p³ywa³o po wodzie. S³oñce chyli³o siê ku zachodowi, niebo by³o czerwone niby w ogniu. Wtem spoza lasu podnios³o siê stado wielkich, wspania³ych ptaków. Podobnie piêknych kacz±tko nie widzia³o dot±d: lecia³y niby chmurki ¶nie¿nobia³e, spokojnie, wdziêcznie i majestatycznie. By³y to odlatuj±ce ³abêdzie. Nagle wyda³y ton d³ugi, przeci±g³y, taki dziwny! Porusza³y spokojnie silnymi skrzyd³ami i wznios³y siê wysoko a¿ pod chmury, i p³ynê³y tak dalej, dalej w nieskoñczono¶æ...
£abêdzie opuszcza³y ch³odny kraj przed zim± i spieszy³y za s³oñcem, tam gdzie ono ¶wieci jasno i ciep³o, gdzie b³êkitne wody nie zamarzaj± nigdy. Kacz±tko patrzy³o za nimi z zachwytem, z uczuciem nieopisanej têsknoty, a gdy znik³y, wyda³o okrzyk silny i przenikliwy, a¿ samo siê przestraszy³o swego g³osu.
I zaczê³o siê krêciæ w kó³ko, jak szalone, wyci±gaj±c szyjê i podnosz±c krótkie, niezgrabne skrzyd³a. O, co za mêka! Nigdy nie zapomni tych wspania³ych ptaków — a nigdy ich wiêcej nie ujrzy! Zniknê³y, zniknê³y!
Z rozpaczy zanurzy³o siê do samego dna, a kiedy wyp³ynê³o znowu na powierzchniê, nie wiedzia³o, co siê z nim dzieje. Ptaki, królewskie ptaki, piêkne ptaki! Nie wiedzia³o, jak siê nazywaj± ani dok±d lec±, a jednak pragnê³o z³±czyæ siê z nimi i lecieæ razem, daleko i wysoko!...
By³o to ¶mieszne i g³upie pragnienie, bo jakim prawem ono, takie brzydkie, które siê cieszyæ powinno, gdy kaczki chc± z nim przestawaæ...
Ale tamte ptaki!...
Nadesz³a zima surowa i mro¼na. Zamarz³y wody. Na ma³ym kawa³ku, który zosta³ wolny, musia³o kacz±tko p³ywaæ bezustannie, aby nie pozwoliæ mu zamarzn±æ. Mimo to przestrzeñ wolna zmniejsza³a siê po ka¿dej nocy. Bo co dzieñ by³o zimniej, mróz siê wzmaga³, lód trzaska³ doko³a na maleñkim otworze, który pozosta³ jeszcze. Kacz±tko bez odpoczynku poruszaæ musia³o nó¿kami, ¿eby nie przymarzn±æ. Lecz i to nie pomog³o; zmêczone usta³o, a wówczas lód uwiêzi³ je jak w kleszczach.
Zobaczy³ to nazajutrz z rana jaki¶ wie¶niak, rozbi³ lód butem o drewnianej podeszwie, a ptaka zabra³ do chaty.
Kacz±tko w cieple przysz³o do siebie i dzieci zaraz chcia³y siê z nim bawiæ; ale ono my¶la³o, ¿e mu chc± zrobiæ co z³ego, i zaczê³o uciekaæ; przewróci³o garnek z mlekiem i rozla³o je na pod³ogê. Gospodyni z rozpaczy rêce za³ama³a, chcia³a z³apaæ szkodnika, aby go ukaraæ. Przestraszone kacz±tko wpad³o w kube³ z wod±, a potem w naczynie z m±k±, wytar³o siê o sadze w okopconym piecu. Gospodyni krzycza³a i goni³a za nim, dzieci ze ¶miechem przewraca³y siê jedno przez drugie, kacz±tko skaka³o po pó³kach, po garnkach, podfruwa³o a¿ do pu³apu, wreszcie przez otwarte drzwi wypad³o do sieni, a stamt±d na dwór.
Mo¿na sobie wyobraziæ, jak wygl±da³o. Um±czone, mokre, powalane sadzami, o nastroszonych piórach, a przy tym upadaj±ce ze znu¿enia. Lecz nie my¶la³o o tym; ostatnim wysi³kiem dosta³o siê pomiêdzy krzaki, rosn±ce niedaleko, i jak nie¿ywe upad³o na ¶nieg.
Za smutno by³oby opisywaæ wam to wszystko, co nieszczê¶liwe kacz±tko wycierpia³o podczas mro¼nej i d³ugiej zimy. G³ód, ch³ód, ani ciep³ego schronienia, ani ¿ywno¶ci, ani przyjaciela...
Le¿a³o po¶ród trzciny, kiedy s³oñce zaczê³o ja¶niej i cieplej przy¶wiecaæ.
Zanuci³y skowronki, powraca³a wiosna.
I kacz±tko od¿y³o; z ka¿dym dniem powraca³y mu stracone si³y, a¿ rozpostar³o skrzyd³a jakie¶ wielkie, jakby nie swoje, zaszumia³o nimi i polecia³o wysoko, daleko, prowadzone jak±¶ têsknot± nieznan± do ¶wiata, do wszystkiego, co na nim jest piêkne.
I nie spoczê³o a¿ na wielkim stawie, w du¿ym ogrodzie, gdzie ptaki ¶piewa³y weso³o, drzewa ja¶nia³y ¶wie¿± zielono¶ci±, bia³a czeremcha rozlewa³a zapach i zwiesza³a tak nisko swe cienkie ga³±zki, i¿ zanurza³y siê w wodzie przejrzystej.
¦licznie tu by³o. Ka¿da trawyka, kwiatek, ka¿dy listek na drzewie zdawa³ siê ¶piewaæ rado¶nie: „Wiosna powraca. Wiosna! Wiosna! Wiosna!"
Wtem spoza gêstych krzaków naprzeciwko wyp³ynê³y trzy wielkie, wspania³e ³abêdzie. Rozpostar³y bia³e skrzyd³a niby ¿agle i p³ynê³y lekko po b³êkitnej wodzie, z szyj± wygiêt± wdziêcznie i wzniesion± g³ow±, spokojne, dumne i majestatyczne.
Na ten widok dziwny smutek i têsknota ogarnê³y biedne kacz±tko. Oto królewskie ptaki, które raz widzia³o i ukocha³o tak od razu, tak mocno.
„Pop³ynê do nich — pomy¶la³o nagle. — Niech mnie zabij± za moje zuchwalstwo, za to, ¿e ¶miem zbli¿yæ siê do nich... Niech mnie zabij±. Wszystko mi jedno. Lepiej byæ zabitym przez te cudne ptaki, które kochaæ muszê, ni¿ szarpanym przez kaczki, dziobanym przez kury, potr±canym i odpychanym przez wszystkie zwierzêta i ludzi. O lepiej, lepiej umrzeæ!"
I pop³ynê³o naprzeciw ³abêdziom, które, ujrzawszy przybysza, zaszumia³y skrzyd³ami i skierowa³y siê prosto ku niemu.
— Zabijcie mnie! — zawo³a³o brzydkie kacz±tko i pochyli³o g³owê oczekuj±c ¶mierci.
Ale có¿ to? Có¿ widzi w zwierciadlanej fali? Wszak¿e to jego obraz! Jego w³asny! Jego!
To ju¿ nie brudnoszare, brzydkie i niezgrabne kacz±tko, to ³abêd¼ bia³y! Kacz±tko sta³o siê ³abêdziem!
Chocia¿ siê urodzi³o pomiêdzy kaczkami, lecz z ³abêdziego jaja, wiêc i ono tak¿e ³abêdziem siê sta³o.
W tej jednej chwili zapomnia³o nagle o nêdzy, o cierpieniach;, czu³o siê tylko niezmiernie szczê¶liwe i po raz pierwszy rado¶nie wita³o piêkny ¶wiat, ¿ycie i braci-³abêdzi, które p³ywa³y woko³o, ogl±daj±c towarzysza i pieszczotliwie g³aszcz±c go dziobami.
Kilkoro dzieci wbieg³o do ogrodu i zaczê³o z brzegu rzucaæ do wody bu³ki i smaczne ziarenka. Wtem jeden ch³opczyk zawo³a³ :
— Nowy ³abêd¼ nam przyby³! Nowy ³abêd¼!
Inne dzieci zaczê³y klaskaæ w rêce i skakaæ, powtarzaj±c:
— £abêd¼ nam przyby³! £abêd¼! Jaki ¶liczny! Najpiêkniejszy! Najpiêkniejszy!
I rzuca³y do wody ciastka i bu³kê, sprowadzi³y rodziców i wszyscy przyznali, ¿e nowy ³abêd¼ by³ najpiêkniejszy ze wszystkich.
Stare ³abêdzie pok³oni³y mu siê z dobroci± i uznaniem.
Wtedy zawstydzony i wzruszony, ukry³ g³owê pod skrzyd³em nie wiedz±c, co pocz±æ. Czu³ siê tak bardzo, tak bardzo szczê¶liwy ! My¶la³ o tym, jak niedawno i jak d³ugo cierpia³ z powodu swojej brzydoty, jak nie mia³ nikogo, kto by chcia³ byæ jego bratem, przyjacielem, a teraz — bratem jest królewskich ptaków, jak one piêkny, mo¿e najpiêkniejszy! ¦wiat ca³y zdaje siê ¶piewaæ pochwa³y jego piêkno¶ci, czeremcha przesy³a mu s³odki zapach, s³oñce — promienie z³ote, woda go pie¶ci dotkniêciem i przyja¼nie odbija jego obraz.
O, jak wspania³e jest ¿ycie!
Rozpostar³ skrzyd³a, które zaszumia³y g³o¶no, podniós³ do góry szyjê wdziêcznym ruchem i z g³êbi serca zawo³a³ rado¶nie:
— Nie marzy³em o takim szczê¶ciu! Nie marzy³em!
w dziale Bajki i Ba¶nie:


















