Trójmiasto

Urlop przedszkolaka, czyli słów kilka o sopockich bibliotekach

Urlop przedszkolaka, czyli słów kilka o sopockich bibliotekach

Córka dostała tygodniowy „urlop w pracy”. Ten czas, zwany w przedszkolu feriami, trwał tydzień i wymagał od rodziców hartu ducha i ciała. Jednak ile matka, w większości pracująca w domu, może mieć pomysłów?! Oprócz bezwarunkowej codzienności, czyli wychodzenia na dwór, na pomoc przyszły wydarzenia serwowane przez Miejską Bibliotekę Publiczną im. Józefa Wybickiego w Sopocie.

 

W trakcie ferii w Trójmieście działo się sporo. Jednak zajęcia przeznaczone były głównie dla dzieci szkolnych, bo przecież młodszym nie potrzebny taki odpoczynek. Z racji mojej miłości do bibliotek (i nie łatwego poddawania się), postanowiłam poszukać, co w tej kategorii oferuje Sopot. Uczestniczyłyśmy w trzech różnych i atrakcyjnych wydarzeniach, a przy tym trochę bardziej poznałyśmy kąty sąsiedniego miasta.

 

Popołudniem, 24. stycznia ruszyłyśmy do Miniteki w Sopocie Głównym. Odbył się tam spektakl „Kociołek czarownicy” zwieńczony pracą plastyczno-warzywną. Już po raz drugi odwiedziłyśmy to miejsce i po raz drugi wyszłyśmy z uśmiechami na twarzach... oraz z trójnogim ziemniakiem pod pachą.

 

Teatrzyk był zabawny i pouczający. Dzięki niemu dzieci dowiedziały się, że zupa z warzyw ma sporo witamin, jest pożywna i pomaga urosnąć. Ogólnie obiad zazwyczaj jest smaczniejszy, gdy w jego skład wchodzą ziemniaki, marchew, czy por zamiast węży lub robaków.

 

Co prawda kot, który namawiał czarownicę do zmiany jadłospisu, aż taki święty nie był – pozyskał wszystkie składniki, idąc na szaber. Powiedzmy jednak, że cel uświęca środki.

Po przedstawieniu, dzieci dostały półmiski ze składowymi zupy, a także z guzikami, koralikami i wykałaczkami. W związku z czym wiedziałam już, że gotować nie będziemy. Powstały za to smaczne ludki, które niestety wiązały się trochę z marnowaniem żywności – przecież jedzenie własnej twórczości to barbarzyństwo! Ale może choć trochę młode pokolenie zastanowi się nad zdrowym odżywianiem.

 

Następnego dnia odwiedziłyśmy nowe miejsce. Do filii nr 7 na Brodwinie jest nam trochę dalej niż do Miniteki, ale łatwo tam trafić. Warsztaty składały się również z dwóch części. Pierwsza spokojniejsza – czytanie na dywanie, podczas którego dzieci mogły kolorować np. Fionę z bajki o Shreku. Opowiadanie p.t. „Złość” Renaty Piątkowskiej traktowało o całkiem dobrych metodach wyrzucania złych emocji do kosza oraz samochwalenia się. Kończy się co prawda wręczeniem przez nauczyciela cukierka głównemu bohaterowi, ale Jadzia chyba na szczęście tego nie zauważyła skupiona na kolorowance.

W drugiej, bardziej aktywnej części, dzieci mogły się wyżyć. Najpierw robiliśmy masę zwaną piankoliną. Tym razem miało to więcej wspólnego z gotowaniem, niż warzywa na półmiskach dzień wcześniej w Minitece. Z pianki do golenia, farb plakatowych, płynu do mycia naczyń oraz mąki ziemniaczanej, małe ręce ugniotły kolorową masę – coś pomiędzy piaskiem a ciastoliną. Do lepienia – nie polecam, ale idealna do foremek.

 

Po dwóch dniach przerwy znów pojawiłyśmy się jak dwie gwiazdy na „Broadway'u”, czyli w filii nr 7. I tym razem było to jakby podsumowanie dwóch pozostałych dni – miałyśmy do czynienia ze zdrową żywnością oraz ze Shrekiem. Było to jedyne z tych trzech wydarzeń, przygotowane specjalnie na czas wolny od szkoły, ale też niestety najmniej angażujące uczestników. To raczej wykład z elementami degustacji, choć nie nudziłyśmy się.

Podczas prezentacji dowiedziałyśmy się, że gotowanie jest jak malowanie, a nawet lepiej. Każdy kolor nie tylko nadaje roślinie wymiar estetyczny, ale świadczy o tym jakie ma właściwości: fioletowy wpływa dobrze na wzrok, czerwony – na serce, żółty – na skórę i kości, biały wzmacnia odporność, a zielony to „miotełka”, która czyści nasz organizm.

Na koniec pani dietetyk, Aleksandra Spychalska, zaserwowała nam koktajle Shreka! Mieszała liście szpinaku z bananami i ananasem lub truskawkami, a potem pietruszkę z jabłkiem czy pomarańczą, dodawała często plasterek imbiru oraz zawsze sporo wody. A ja patrzyłam z otwartymi szeroko oczami i szczęką na podłodze, jak moje dziecko – „uczulone”  na niektóre z tych frykasów – wypija duszkiem każdą miksturę, oblizując się po stokroć.

 

Dwa pierwsze z opisanych wyżej wydarzeń, mają charakter cykliczny. A z panią dietetyczką można się niebawem zobaczyć na Brodwinie. Tym razem jest to już jednak spotkanie dla dorosłych w ramach cyklu „Sopocki dom sąsiedzki”. A że na wszystkie wydarzenia wstęp jest bezpłatny, nie omieszkamy korzystać częściej, także w innych filiach sopockiej MBP i również poza „urlopem”.

 

1/6
1/6
2/6
2/6
3/6
3/6
4/6
4/6
5/6
5/6
6/6
6/6

Komentarze

Polecamy

Więcej z działu: Wiadomości lokalne

Warto zobaczyć