Warszawa

Wywiad z Dyrektor Zoo w Poznaniu i autorką książki "Łapa w łapę" - Ewą Zgrabczyńską

Wywiad z Dyrektor Zoo w Poznaniu i autorką książki "Łapa w łapę" - Ewą Zgrabczyńską

Tematyka zwierzęca to tak naprawdę temat rzeka. Każdy kto ma jakiegoś pupila w domu z radością będzie o nim opowiadał i wspominał sytuacje, które dzięki niemu przeżył.

 

Mieliśmy jednak możliwość porozmawiać z osobą, która o świecie zwierząt wie naprawdę wiele. W dodatku ma niesamowity dar opowiadania – zarówno dorosłym jak i dzieciom. Zachęcamy do przeczytania rozmowy z zoolog, Dyrektor Ogrodu Zoologicznego w Poznaniu, a także niesamowitą pisarką książek dla dorosłych i dzieci – dr Ewą Zgrabczyńską.

 

 

  • Czy opowie Pani najmłodszym jak wygląda praca w zoo? Myślę, że każde z nich ma na ten temat jakieś wyobrażenie i chętnie je teraz zweryfikuje.  

 

Praca w zoo, szczególnie dyrektora, niestety nie opiera się na ciągłym, bliskim kontakcie ze zwierzakami. Chociaż przebywanie w ich pobliżu najbardziej lubię. Składa się za to z bardzo dużej liczby zadań administracyjnych, prawnych, związanych z zarządzaniem, siedzeniem za biurkiem i wypełnianiem tysiąca dokumentów, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania zoo. Trzeba dbać o zaopatrzenie zwierząt, o sprzęt i oczywiście o pracowników. Rozwiązywać różnego rodzaju problemy związane z zarządzaniem. Dopiero po tym wszystkim, gdzieś na samym końcu jest możliwość przebywania ze zwierzętami, odwiedzania ich lub głaskania – co nie ukrywam najbardziej lubię i kocham.

 

  • Czy wcześniej była Pani opiekunem zwierząt?

 

Nie – zaczynałam swoją przygodę z zoo od razu jako dyrektor, chociaż wcześniej byłam naukowcem na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmowałam się zwierzętami dziko żyjącymi, ale także obserwowałam te zwierzęta które mieszkały w zoo. W Polsce był to początek badań związanych z tym w jaki sposób zwierzęta żyją w niewoli. Próba odpowiedzi na pytania: czego potrzebują, jak zachowują się poszczególne gatunki  – zwłaszcza te zagrożone wyginięciem. Jakie mają problemy z utrzymaniem się przy życiu w naturze. Te szczególnie ciekawe podlegały obserwacjom dotyczącym ekologii, a także takiemu zagadnieniu jak inżynieria behawioralna. Mówi się o niej w przypadku, gdy staramy się zapewnić zwierzęciu warunki jak najbardziej przypominające naturalne, żeby mogły zachowywać się i kontaktować w sposób nieskrępowany. Jeżeli jest to zwierzak, który uwielbia kąpiele należy mu taką przyjemność zapewnić.

 

 

Dobrym przykładem jest niedźwiedź brunatny, który potrzebuje lasu i drzew oraz możliwości wykopania gawry. Jest to schronienie zimowe, w którym będzie mógł zapaść w hibernację. Tego rodzaju rozważania były początkiem mojej zawodowej przygody.

 

Bywałam opiekunem, ale tylko jako wolontariusz w trakcie wakacji. To było jeszcze na etapie liceum, które znajdowało się tuż za płotem starego zoo w Poznaniu. Czasem bywało tak, że przez ten płot można było przeskoczyć i znaleźć się wśród zwierząt.

 

  • To także brzmi jak dobry materiał na opowieść wprost z książki.

 

Tak – i rzeczywiście ta książka została popełniona. Bo przed „Łapa w Łapę” napisałam książkę „Tygrysie serce” dla bardziej dorosłych czytelników – z opisem mojej kariery bardzo związanej ze zwierzętami.

 

  • Do "Tygrysiego serca" poniekąd będę chciała jeszcze w dalszych pytaniach wrócić. Wspomniała Pani jednak, że zajmowała się dzikimi zwierzętami. I właśnie w "Łapa w łapę" jest ich całkiem sporo. Proszę powiedzieć czy to była inspiracja, aby napisać książkę dla dzieci? Skąd wziął się pomysł, aby pasję przełożyć na literaturę dziecięcą?

 

Ta pasja jest związana z koniecznością edukacji przyrodniczej. Gatunki zwierząt zagrożonych wyginięciem ocaleją, gdy będziemy dbać o życie w każdej jego postaci. Musimy starać się zachować dziedzictwo przyrodnicze i naturę w takim kształcie w jakim została nam ona dana. Bardzo ważne jest, aby dzieciaki pokochały świat organizmów żywych, żeby go zrozumiały i miały podstawowe informacje o otaczających nas zwierzętach i ich potrzebach.

 

Książka wyniknęła z tego, że kiedy mój syn Bruno był jeszcze małym chłopcem, któremu czytało się na dobranoc, część bajek tworzyłam w oparciu o zdarzenia z życia naszych zwierząt. Te psiaki rzeczywiście istniały i mają swoje pierwowzory.

 

 

Z takiego trochę bajkopisarstwa dla syna powstał pomysł. Taka też była idea powstania tych opowieści - aby inne dzieci mogły zajrzeć w świat zwierząt nam towarzyszących – psów i kotów, ale też tych, które jesteśmy w stanie spotkać w lesie lub na łące. Istotne jest pokazanie jak bliskie są one ludziom, że zachowują się w bardzo podobny sposób. Stąd ten zabieg, że zwierzęta mówią ludzkim głosem. To jest oczywiście związane z próbą przybliżenia dzieciom emocji i przeżyć zwierzęcych. Aby ten świat stał się im bliski, kochany i pełen poszanowania dla innych organizmów.

 

  • Czy Pani książka jest tylko dla młodych fanów zwierząt? Komu by ją Pani poleciła? Może komuś kto boi się zwierząt?

 

Myślę, że w tym przypadku książka może pełnić funkcję terapeutyczną. Zwierzęta stają się nam w niej bardzo bliskie. W ich zachowaniach chciałam przybliżyć ich odczucia i biologię. Starałam się pokazać w jaki sposób funkcjonuje to życie gdzieś obok nas.

 

 

Myślę, że trudno jest podać wiek odbiorcy książki. Pisząc myślałam o dzieciach powyżej szóstego roku życia, ale mam bardzo interesujące informacje od babć, które tę książkę czytają swoim wnukom z ogromną przyjemnością. Myślę, że w każdym z nas tkwi odrobina dziecka i taki powrót do korzeni, tego świata zwierząt, które mówią ludzkim głosem i są nam bliskie jest oderwaniem od rzeczywistości, która bywa przecież trudna. Gdy dorosły przeczyta tę książkę nic złego z pewnością go nie spotka, a nawet będzie miał z tego trochę frajdy i radości.

 

  • Muszę dodać, że także wiedzy, bo w środku znajduje się wiele sprytnie wplecionych ciekawostek i mądrości. Dzięki lekturze wynosi się pewną lekcję o zachowaniu i przyzwyczajeniach zwierząt. Sama z radością odkrywałam te smaczki.

 

Bardzo się cieszę. Natomiast myślę, że wszelkie informacje o zwierzętach, które są przemycane w postaci opowieści lub bajek mają ogromny sens. W tej formie zawsze łatwiej przyjmuje nam się pewnego rodzaju wiedzę lub apele o to, żeby zwierzęta szanować, chronić i ocalać. Dzieje się tak w momencie kiedy te opowieści nie mają charakteru mentorskiego, no i najlepiej żeby była to historia nieco z rzeczywistości i zbeletryzowana.

 

  • Ponoć oprócz zwierząt w zoo ma Pani też swój domowy zwierzyniec, który też liczy niemało podopiecznych – czy opowie Pani jak to wygląda i jakie zwierzęta Pani posiada?

 

Jestem szczęśliwą właścicielką gospodarstwa wiejskiego na podpoznańskiej wsi. Daje ono duże możliwości ze względu na mnóstwo kapitalnych ukryć, pomieszczeń gospodarczych, a także na znajdującą się tam wielką łąkę. Dlatego moimi podopiecznymi są nie tylko psy i koty żyjące w domu, ale również znalazło się miejsce dla uratowanych koziołków. To jest taka wielka trójka – Lucjusz, Pusio i Dyzio. Sa to maluchy, które skończyły dopiero roczek. Mam też osiołka Quatro, którego mama umarła przy porodzie. Znajdzie się tam też całe mnóstwo zwierząt dziko żyjących, towarzyszących. Warto zwrócić uwagę na wróble, które znakomicie się odchowują. Są to takie prawdziwe wróble, których jest zbyt mało w naszym polskim krajobrazie. Przychodzą lisy, jeże, mnóstwo ptaków ćwierkających tj. czyżyków lub słowików. Jest też bardzo dużo ptaków drapieżnych. Tutaj niestety zamykają się te łańcuchy pokarmowe i zależności drapieżca-ofiara, bo zalatują i myszołowy i kruki.

 

Ze zwierzaków takich, które są moimi domowymi jest także szop pracz – Józiu, który towarzyszy liskowi Foxiemu. Foxy jest uratowany od bycia futrem. Jest emisariuszem idei, że futra są nam absolutnie niepotrzebne. Mam nadzieję, że zaprzyjaźnią się razem z Józiem i będą ilustracją myśli, że takie zwierzęta należy chronić. My futer nie potrzebujemy, jesteśmy w tej chwili na takim poziomie zaawansowania technologicznego, że zwykła kurtka absolutnie wystarczy. Nie musimy poświęcać na to istnień zwierząt.

 

  • Czy Pani ma swoje ulubione zwierzę?

 

Jest takie zwierzę egzotyczne, którego nigdy nie będę posiadała w domu. Jestem zwolennikiem abyśmy mieli psiaki i kociaki bądź króliki – te zwierzaki, które mogą bez kłopotu u nas być. Nie małpy, węże lub  lwy. To jest zupełnie zły kierunek.

Wracając do pytania - jest zwierzę, które nazywa się borsukiem miodowym, miodożerem albo ratelem. Jest to mały drapieżca, który radzi sobie nawet z hieną lub lwem. Potrafi dojść do siebie pokąsany przez jadowitego węża. Jest arcydzielny, potrafi uciec z wszelkich zamknięć. Dlatego bardzo trudno znaleźć go w jakimś ogrodzie zoologicznym. Używa on nawet narzędzi – przy pomocy grabi pokona każde ogrodzenie.

 

 

  • W zeszłym roku napisała Pani także książkę dla dorosłych pt. "Tygrysie serce. Moje życie ze zwierzętami". Czy da się porównać pracę nad książką dla dorosłego czytelnika z pracą nad książką dla dzieci?

 

Myślę, że tak. Ze względu na to, iż wartości dotyczące ochrony zwierząt i ich ocalania są dokładnie tożsame. Uważam, że to kwestia dostosowania języka lub tego w jaki sposób zwierzęta się ze sobą komunikują. Wplecenie rozmów zwierząt w naszym języku jest jedyną różnicą.

 

 

Aczkolwiek gdyby mnie Pani spytała czy uważam, że zwierzęta są nam tożsame to powiedziałbym, że tak. Dla mnie są osoby ludzkie i osoby zwierzęce. Przez wiele lat uważano, że język i kultura to kwestia tylko gatunku ludzkiego. Natomiast najnowsze badania opublikowane w Science pokazują, że taki mały gryzoń jak kretoszczur albo inaczej golec tworzy bardzo wyjątkowe społeczeństwa przypominające te pszczele, gdzie jest królowa i strażnicy. Te niesamowicie fascynujące gryzonie tworzą sieć korytarzy podziemnych, są praktycznie nagie, bez sierści, są prawie ślepe, a potrafią się miedzy sobą komunikować i to w slangach związanych z tym od jakiej królowej pochodzą. Różnią się dokładnie na tej samej zasadzie jak nasze ludzkie języki. Te małe gryzonie uczą się między sobą i w zależności od tego gdzie się urodzą - takim językiem się posługują. Podobnie jest w przypadku delfinów, które wołają się po imieniu lub przekazują sobie elementy kultury.

 

  • Czy zgadza się Pani ze stwierdzeniem, że to jak traktujemy zwierzęta mówi o tym jakimi ludźmi jesteśmy?

 

Absolutnie tak. Wydawałoby się, że jest to truizm i takie stereotypowe ujęcie, ale myślę, że to się potwierdza. Dlatego, że osoby, które lubią lub wręcz kochają zwierzęta mają ogromną dozę empatii i wrażliwości w sobie . Takie odczucia związane są również z pełnym poczuciem odpowiedzialności i empatii niesionej w kontaktach międzyludzkich. Jeżeli ktoś jest dobrym człowiekiem w stosunku do innych ludzi będzie również szanował i kochał zwierzęta.  

 

Ogromnie dziękuję za rozmowę, a wszystkich czytelników ogromnie zachęcam do sięgnięcia po książkę "Łapa w łapę", z której autorką miałam przyjemność rozmawiać. 

 

Polecamy

Więcej z działu: Artykuły

Warto zobaczyć