Warszawa

Wywiad z Wojciechem Widłakiem - autorem serii przygód o wesołym prosiaczku Ryjku oraz Panu Kuleczce

Wywiad z Wojciechem Widłakiem - autorem serii przygód o wesołym prosiaczku Ryjku oraz Panu Kuleczce

Z ogromną przyjemnością mam okazję zaprosić Państwa do przeczytania naszego wywiadu z autorem książek o Wesołym Ryjku i Panu Kuleczce – Wojciechem Widłakiem. Okazją do rozmowy jest ukazanie się jego najnowszej książki – "Wesoły Ryjek i wiosna". Sprawdźcie jakie przygody towarzyszą Ryjkowi tym razem oraz co słychać u samego autora.

 

 

Kilka dni temu premierę miała Pana najnowsza książka „Wesoły Ryjek i wiosna”. Jest to już siódma odsłona przygód tego uroczego prosiaczka. Czy zdradzi nam Pan skąd inspiracja do stworzenia tej niezwykłej postaci?

 

Oczywiście. Ale najpierw małe sprostowanie: to nie ja stworzyłem Wesołego Ryjka. Zresztą to samo mogę powiedzieć o innych bohaterach, którzy pojawiają się w książkach sygnowanych moim nazwiskiem. Ja tylko o nich piszę, a to jednak trochę co innego. Wracając do zasadniczej kwestii: Wesoły Ryjek przemknął mi przez myśl dawno, dawno temu, gdy pracowałem jeszcze w miesięczniku „Dziecko”. Nie od razu go pochwyciłem i opisałem, ale od razu polubiłem – za prostolinijność, pogodę ducha i umiejętność wyciągania wniosków, nie zawsze oczywistych dla innych prosiaczków. No i za radosny całokształt, tak pięknie odmalowany przez Agnieszkę Żelewską.

 

Wiadomo, że najnowsza część o perypetiach Ryjka dotyczy najbardziej radosnej pory roku - wiosny, ale czy uchyli Pan rąbka tajemnicy i zdradzi jakich przygód mogą spodziewać się nasi mali czytelnicy tym razem?

 

Uchylę, ale nie do końca, żeby coś pozostawić dla ewentualnych Czytelników, którzy odchylą okładkę i zajrzą do książki. Otóż znajdą tam rozmaite klasyczne wiosenne motywy – kwiaty, porządki, wypełnianie PIT-ów, Targi Książki… Oraz oczywiście wiosennego Wesołego Ryjka i jego rodziców.

 

Jestem zdecydowaną fanką maskotki żółwia czyli ulubieńca Wesołego Ryjka. Stąd pytanie: czy w dzieciństwie taka przytulanka towarzyszyła również Panu?

 

Otóż nie. Moją przytulanką był klasyczny pluszowy miś, o nieklasycznym obcojęzycznym imieniu Miszka. Żółw pojawił się trochę z powodów społecznych. Wydawało mi się bowiem, że wśród przytulanek licznie występujących w książkach i filmach (misiów, królików, psów, kotów, myszy, słoni, łosi etc.) reprezentacja żółwi jest zbyt słaba. Stąd próba naprawy tej niesprawiedliwości.

 

 

Kaczka Katastrofa, Mucha Bzyk-bzyk, pies Pypeć – to postacie z nieco „innej bajki”. One także są ulubieńcami wielu dzieci. Mnie jednak interesują ich niewiarygodne imiona. Skąd się biorą? Czy trudno się je wymyśla, a może zupełnie odwrotnie: inspiracje dla nich przychodzą pod wpływem chwili?


To tak jak z imionami dzieci – czasem przychodzą natychmiast (i tak było z podopiecznymi Pana Kuleczki, których zobaczyłem na ilustracji Eli Wasiuczyńskiej), a czasem po krótszych lub dłuższych poszukiwaniach. Wesoły Ryjek nie od razu był Wesołym Ryjkiem, choć teraz jego imię wydaje się oczywiste. Proszę sobie wyobrazić, że dość długo w komputerze pozostawał Różowym Ryjkiem, a przez jakiś czas był nawet Prosiaczkiem Pro. 

 

Czy Pan ma w domu jakiegoś pupila – taką Katastrofę lub Pypcia?

 

Można tak powiedzieć, ale to nie pupile, tylko moje wnuczki. Co ciekawe, urodziły się później niż Katastrofa i Pypeć. Jak to możliwe – nie mam pojęcia!

 

Czy pisanie dla najmłodszych i – nie oszukujmy się – najbardziej wymagających czytelników jest dużym wyzwaniem?

 

Jest. Ale szczęśliwie się składa, że to akurat wyzwanie lubię. A tak trochę bardziej serio, to nie do końca wiem, czym zasadniczo różni się pisanie dla dzieci od pisania dla dorosłych. Dorośli byli dziećmi, a dzieci będą dorosłymi. Zarówno jedni, jak i drudzy mają poczucie humoru, ale chcą, żeby ich traktować poważnie. Zarówno jedni, jak i drudzy lubią się identyfikować lub spierać z bohaterami opowieści. Oczywiście to nie znaczy, że nie ma żadnych różnic. Historie dla dorosłych są zwykle dłuższe, no i używa się w nich nieco innego języka. Nie umiem pisać długich opowieści i nie lubię pewnego rodzaju (tak to oględnie nazwijmy) języka dorosłych. Pewnie dlatego panuje przekonanie, że piszę dla dzieci, choć wszystkie moje książki są dla dorosłych.

 

Cofnijmy się trochę w przeszłość. Jakie były Pana ulubione opowieści lub bajki? Czy lubi Pan czasem do nich wrócić?


Ładne mi „trochę” – pół wieku z okładem! Dobrze, wsiadamy do machiny czasu i lądujemy w moim pokoju dziecinnym. A tam – „Kubuś Puchatek” (prezent na piąte urodziny) i „Chatka Puchatka”, roczniki „Świerszczyka”, „Baśnie” braci Grimm, „Doktor Dolittle i jego zwierzęta”, „Rogaś z Doliny Roztoki”, „Brzechwa dzieciom” (oczywiście z ilustracjami Szancera), pierwsze tomiki „Tytusa, Romka i A’Tomka”. Ale w sąsiednim pokoju, w biblioteczce rodziców – „Zielona Gęś” Gałczyńskiego, „Humoreski” Stefanii Grodzieńskiej, „Półpancerze praktyczne” Mrożka. Dziwne, ale do większości z nich nie wracam. Na pewno jednak te i kolejne lektury gdzieś we mnie pozostały.

 

Czy zawsze chciał być Pan być pisarzem? Czy może wymarzony zawód z dzieciństwa był zupełnie inny?


Nigdy nie chciałem być pisarzem. To znaczy – nigdy wcześniej. Teraz bym chciał, ale pisarzem się nie staje samemu. Pisarza tworzą ze zwykłego autora Pan Bóg i Czytelnicy. A jeśli chodzi o dziecięce marzenia? Przez jakiś czas chciałem zostać kosmonautą. To były lata Gagarina, Tiereszkowej, Popowa (o Alanie Shepardzie jakoś mniej się mówiło). Ktoś mnie jednak zapytał, czy nie bałbym się samotnego lotu w rakiecie. To wystarczyło, żebym się przestawił na przyziemniejsze marzenie o zdobyciu tytułu inżyniera. Jak widać, żadne z tych marzeń się nie spełniło. I bardzo dobrze.

 

Na koniec mam pytanie o ilustracje. Czym byłaby książka dziecięca bez nich? Czy opowieść pozostałby wtedy taka sama?


Podpuszcza mnie Pani, prawda? Kim byłby Kubuś Puchatek bez delikatnej, jakby niepewnej kreski E.H. Sheparda? Kim Królowa Śniegu, sierotka Marysia, Koszałek-Opałek, dziadek z rzepką - bez barw i kształtów Szancera? A Muminki? A Marek Piegus i Bohdan Butenko? A Apolejka z osiołkiem i Zdzisław Witwicki? A Pampilio i Ignacy Witz? Przejdźmy do współczesnych bohaterów: Basia to przecież literki Zofii Staneckiej i obraz Marianny Oklejak, słynne skarpetki wydziergała piórem Justyna Bednarek wespół w zespół z operującym piórkiem Danielem de Latour, a ryjówkę Florkę poznaliśmy dzięki zgodnej wizji tekstu Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel i ilustracji Jony Jung. Nie da się tego oddzielić i zresztą nie ma po co. Bardzo się cieszę, że mamy fantastycznych ilustratorów i jestem wdzięczny za to, co robią. Dzięki nim polskie książki dla dzieci są dziś takie piękne!

 

Dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi!

Polecamy

Więcej z działu: Artykuły

Warto zobaczyć